.:: ANNA MARIA JOPEK ::. ID.::

PRASA: artykuły i wywiady z AMJ

Z trzepaka na "Pierse"
z Anną Marią Jopek rozmawia Paweł Felis (Cogito)

Paweł Felis: Na co dzień posługujesz się dwoma imionami. Pamiętam, że przed Twoim występem na festiwalu Eurowizji niektórzy chcieli, byś była po prostu Anią Jopek. Mimo zostałaś przy swoim.

Anna Maria Jopek: Bo od zawsze byłam Anną Marią, to nie był jeden pomysł na wizerunek artystyczny. Kiedy się urodziłam, przebój Czerwonych Gitar był właśnie najbardziej kochany z przebojów Polskiego Radia i tylko dlatego zostałam Anną, że miałam być Anną Marią. Tak się też zawsze podpisywałam w indeksach, w dzienniczkach, ale nikt nigdy specjalnie o to nie dbał: nauczyciele zawsze pisali Anna, jak była wywieszka o koncercie w szkolnym, na którym grałam, też widniałam jako Anna. W Polsce używanie dwóch imion nie jest zbyt popularne. Wiele osób mówiło mi od początku, że to jest takie niemodne i egzaltowane, ale mimo wszystko przy tym i bardzo to lubię.

P.F.: Słyszałem, że mówisz o sobie "Anomalia"...

A.M.J.: Tak naprawdę wymyślił to Jan Ptaszyn Wróblewski. Najśmieszniejsze jest, że za sprawą dowcipu mojego realizatora, Andrzeja Karpa, tak były opisane wszystkie moje taśmy w czasie nagrań płyty "Ale jestem". Również tzw. płyta-matka, z której grano kolejne utwory, kiedy mój album był płyta tygodnia w Radiu "Zet". I właśnie w "Zetce" przez cały pierwszy dzień uparcie twierdzono, że jest to płyta pt. "Anomalia"... Kiedy to usłyszałam, myślałam, że padnę...

P.F.: Mówiliśmy o imionach, pomówmy więc jeszcze o Twoim nazwisku. Młodym czytelnikom "Cogito" pewnie nie mówi ono wiele, ale starszym osobom na pewno jest znane. Powiedz coś o swoim tacie, Stanisławie Jopku.

A.M.J.: Mój tata to człowiek nadzwyczajnej szlachetności i serdeczności, dysponujący przepięknym głosem - tenorem o zabarwieniu barytonowym. W kraju zyskał sławę przede wszystkim dzięki piosence pt. " Furman", śpiewanej z zespołem "Mazowsze", która obok tematyki ludowej niosła pewne prawdy ogólnoludzkie, a nawet polityczne.

Pamiętam czasu, kiedy był osobą tak popularną, że nie mogłam z nim wychodzić z domu, ponieważ był rozpoznawany w każdych okolicznościach i notorycznie rozdawał autografy. Nawet później, kiedy poszłam do szkoły, gdziekolwiek się przedstawiałam, zawsze musiałam odpowiedzieć na pytanie typu: "Przepraszam, czy jesteś córką...?"

P.F.: Od dziecka byłaś kształcona na pianistkę. To na pewno nie było "normalne" dzieciństwo - codzienne, żmudne ćwiczenia na instrumencie, trudności związane z godzeniem dwóch szkół równocześnie...

A.M.J.: Myślę, że z czasem człowiek niesamowicie twardnieje i bardzo mądrzeje. Jedyne, czego dziś żałuję, to tego, że nie ćwiczyłam bardziej uparcie na fortepianie. Moi rodzice próbowali narzucić mi dyscyplinę. Ale rzadko bywali w kraju, bo "Mazowsze" bardzo dużo koncertowało po świecie. Kiedy ich nie było, ja w ogóle nie ćwiczyłam, tylko zwisałam na trzepaku. Natomiast gdy wracał tato, to, owszem, zwisałam chwilę, ale szybko otwierały się drzwi, po czym padało sakramentalne "Ania, do grania!". I ja dziko zawodząc i rycząc biegłam do pianina, nad którym męczyłam się już przez cały dalszy ciąg wieczoru...

Nie zmienia to faktu, że według mnie wszystkie dzieci, które mają jakiekolwiek zdolności muzyczne, trzeba w tej dziedzinie kształcić. Nauka pisania i czytania też z początku nie musi być przyjemna, ale po pewnym czasie otwiera przed nami wspaniały świat książek, czyni nas wrażliwymi, pozwala nam pewne rzeczy zupełnie inaczej postrzegać.

Tak samo jest z muzyką - żadne dziecko nie chce ćwiczyć, bo to jest codzienna, bardzo ciężka praca. Przychodzi jednak moment, na ogół pod koniec szkoły podstawowej, kiedy dziecko zdaje już sobie sprawę, czy to jest właśnie to, czym chce zajmować się w przyszłości. I nawet jeżeli ktoś uzna, że nie jest stworzony do grania, to ta inwestycja czasu i pracy i tak się opłaca. Dzięki temu jest się bogatszym o ten mały kosmos muzyczny, smak, gust, który różni nas potem od "zwykłego śmiertelnika", który w dzieciństwie wyłącznie zwisał na trzepaku.

P.F.: Jak wyobrażałaś sobie swoje życie w wieku 18-19 lat, jakie miałaś wówczas plany?

A.M.J.: Wiedziałam, że na pewno nie będę mogła żyć bez muzyki, że ona mnie szalenie pochłania, że poświęciłam jej wiele czasu i nie umiałabym z nią zerwać.

Miałam również inne zainteresowania. Niektóre z nich starałam się realizować. Po studiach pianistycznych "na chwilę" poszłam na filozofię, z którą sromotnie zarwałam, ponieważ nie przebrnęłam nawet przez pierwszy rok - po prostu nie pojawiłam się na egzaminach. Moje życie zawodowe toczyła się już wtedy tak intensywnie, że absolutnie nie dałam rady tego pogodzić.

Poza tym zawsze bardzo chciałam się uczyć języków obcych - i ten wątek również po części podjęłam. W zasadzie od dziecka znam angielski, zaczęłam się również uczyć francuskiego w Instytucie Francuskim, ale też, niestety poległam na którymś semestrze. Znowu okazało się, że nie daję rady - nauka wymaga dużej dyscypliny, a ja z tysiąca powodów po prostu zarywałam zajęcia.

Studia to trudny wybór - może się okazać, ze z jednej strony jest wiele rzeczy, które na s interesują, a z drugiej - mamy bardzo mało czasu i do tego... ta tendencja do specjalizacji. Cenię wszechstronność zgodnie z piękną maksymą, którą wpajali mi profesorowie na studiach pianistycznych: "Specjalista to człowiek, który wie coraz więcej o coraz mniejszej ilości rzeczy, aż w końcu wie wszystko o niczym" - i to jest tak naprawdę równanie do zera. Uważam, że trzeba się rozwijać i robić jak najwięcej rzeczy, chociażby po to, żeby mieć dystans do tego, co jest naszym "daniem głównym", aby móc zobaczyć pewne rzeczy w innej perspektywie.

P.F.: Ale jednak wybrałaś pianistykę i szło Ci naprawdę świetnie - grałaś z Filharmonią Narodową, wystąpiłaś na festiwalu "Warszawska Jesień"...

A.M.J. Na pewno radziłam sobie dobrze i nie mogę narzekać. Oczywiście, jak chyba każdy w tym kraju pianista marzyłam o udziale w Konkursie Chopinowskim, ale... Uważam, że w tym fachu nie wystarcza być dobrym i nawet nie wystarcza mieć coś absolutnie nowego do zaoferowania. A ja zdałam sobie sprawę, że nigdy nie mogłabym przekroczyć pewnej granicy - tu chyba zaważył okres tego zwisu na trzepaku... Na pewno byłabym dobrą, rzetelna i muzykalną pianistką, na pewno dobrze bym grała klasyków i impresjonistów, bo te dwie rzeczy szalenie mi "leżały", sprawdziłabym się zapewne w układach małych, kameralnych zespołów. Tylko nie wiem, czy to byłby to wystarczający powód, żeby zawracać ludziom głowę.

Poza tym pianistyka wiąże się z ogromną odpowiedzialnością za dzieło, które się wykonuje: chodzi o podanie jak najrzetelniej, najuczciwiej tego, co napisał ktoś inny i co czasami tysiąckrotnie przerasta nasze człowieczeństwo i nasze myślenie. Przez całe moje "śpiewane" życie nie przeżywałam nigdy takich stresów, jak przed występami pianistycznymi. Jeśli więc teraz wykonuję piosenkę, która jest "szyta" na mnie, tak samo "upośledzona" jak ja, a nawet jest piętro niżej niż moje myślenie - to jest to szalona wygoda.

P.F.: Podobno zaczęłaś śpiewać swojemu ojcu?

A.M.J.: Niezupełnie. To jest tak - jeżeli Twoi rodzice widzą, że studiujesz coś i dobrze Ci idzie, i wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że to jest właśnie to, a ty nagle mówisz "bardzo się cieszę, ale ja bym wolała coś innego" to wygląda to na kaprys i rozpuszczenie. Opory mojego taty wynikały głównie z tego, że według niego człowiek, który "dotyka" muzyki klasycznej, a więc ma szansę obcowania z czymś nadzwyczajny pięknym, nie może poszukiwać czegoś takiego, jak muzyka rozrywkowa, ponieważ w stosunku do wszystkiego, co powiedziano w klasyce, jest to po prostu małe i komiczne. I tutaj był największy konflikt, który jednak został zażegnany w chwili, kiedy mój tata posłuchał, jak śpiewam. Powiedział wtedy: rób to, bo w tym jesteś szczęśliwa i w tym jesteś prawdziwa, a człowiek powinien w życiu walczyć przede wszystkim o szczęście, zwłaszcza, jeśli jest jeszcze możliwość opłacenia z tego komornego...

P.F.: I to właśnie tata wysłał Cię na pierwsze lekcje śpiewu.

A.M.J.: Mój tata jest niezwykle profesjonalny i podchodzi do muzyki bardzo poważnie, więc powiedział: Dobrze, skoro faktycznie chcesz śpiewać, to musisz coś więcej o tym wiedzieć. I posłał mnie na lekcje śpiewu do prof. Darii Iwińskiej, którą uważam absolutnie za mojego mistrza i której zawdzięczam wszystko. Przychodzę do niej jak do najwspanialszego na świecie lekarza i czasami godzinami śpiewam jakieś jedno "a" albo "o", słucham, jak rezonuję itp. Oczywiście tzw. "feelingu", a więc frazowania, wyczucia muzycznego nie można nauczyć. To albo się w sobie ma, albo nie. Ale cała sprawa wydobycia dźwięku, emisji, tego, jak pracuje korzeń języka, jakie są rezonatory, jak prawidłowo powinna pracować przepona - to są rzeczy, które powinno się wiedzieć, chociażby dla zdrowia. Żeby potem móc zaśpiewać codziennie po trzy koncerty i po tygodniu nie podziękować wszystkim i nie powiedzieć: bardzo przepraszam, ja już właśnie nie mam czym śpiewać.

P.F.: Jesteś wokalistką bardzo wszechstronną, ale Twoją ukochaną formą wypowiedzi muzycznej jest jazz. Ciekaw jestem, jak przebiegło Twoje dojrzewanie do jazzu, bo zgodzisz się chyba, że do tego rodzaju muzyki trzeba dorastać...

A.M.J.: Powiem więcej - w pierwszych zetknięciach jazz jest wręcz odstraszający dla nie przygotowanego słuchacza. Nie umiem dokładnie wytłumaczyć, jak doszło do tego, tak bardzo jazz pokochałam. Myślę, że stało się tak za sprawą jakiegoś gigantycznego nie porozumienia astralnego. Kiedy miałam 18 lat to może już nie byłam wrogo nastawiona do jazzu, co mi się zdarzało wcześniej, ale z całą pewnością nie myślałam o "uprawianiu" tego rodzaju muzyki - odkryłam już np. Louisa Amstronga czy Ellę Fitzgerald (tak to się na ogół zaczyna). No i właśnie wtedy postanowiłam pojechać do Stanów na kurs piosenkarski. Okazało się jednak, że w całym Nowym Jorku nie ma czegoś takiego - tam w ogóle nie uczy się piosenki, natomiast uczy się jazzu, rzeczywiście mogłam się tam kształcić i otrzymać stypendium, ale właśnie stypendium jazzowe. Wysłałam więc swoje nagrania, którym zapewniam - daleko było do jazzowych i... zostałam przyjęta. I tam objawił się przede mną zupełnie inny świat. Poznałam to wszystko od poduszki, zrozumiałam, jaka to jest nieskończona swoboda i wolność, choć oczywiście w punkcie wyjścia, jak w każdej grze, obowiązują niezłomne zasady. Ta muzyka wyzwala największą kreatywność, choć jednocześnie wymaga najwyższego rodzaju skupienia.

Nauczyłam się tam bardzo dużo - zwłaszcza, że miałam genialną panią od śpiewu, A.M. Moss - ważyła sobie 150 kg, ale wystarczyło, że otworzyła buzię i stawała się w mgnieniu oka aniołem. Przez cały dzień ciężko pracowałyśmy, graliśmy, śpiewaliśmy, a wieczorem i nocą uczestniczyliśmy w typowo nowojorskim życiu po godzinach (mieliśmy wstęp do wszystkich ważnych klubów jazzowych w mieście). Nie muszę dodawać, że cały ten okres spędziłam bezsennie, ale bardzo owocnie i wróciłam absolutnie zarażona jazzem.

P.F.: Płyta "Ale jestem" to coś więcej, zbiór piosenek, to ciągnąca się od pierwszego do ostatniego utworu opowieść w pewnym sensie jest to płyta akustyczna - ma w sobie dużo przestrzeni, nie jest rozbudowana muzycznie, a Twoje wokale brzmią tak naturalnie, jakbyś śpiewała w klubie do piętnastu słuchaczy. Podobno do zgrania braliście tylko pierwsze wersje utworów.

A.M.J.: To prawda, zdecydowałam się na to ze względu na prawdę, świeżość, która zawsze towarzyszy pierwszym wypowiedziom, a potem gdzieś się zatraca, gdy szlifujemy i doskonalimy inne rzeczy.

Od początku chciałam, by płyta ta miała bardzo dużo "powietrza", czegoś, co jest mi niezbędne do istnienia. Bardzo się bałam, że nagramy potwornie dużo muzyki, która będzie kolidować z moim śpiewaniem, oddychaniem i myśleniem. I tutaj wielka chwała Marcinowi Pospieszalskiemu, który aranżował tę płytę. Najpierw dobrał takie barwy instrumentów, które wspaniale ze sobą współgrały, a potem tak to wszystko ustawił, że ja się rzeczywiście na tej płycie nie duszę, mogę wyśpiewać czasami bardzo dużo proste i uniwersalne prawdy. Chcieliśmy bowiem, żeby to była płyta adresowana do człowieka. Prosta, ale szlachetna.

P.F.: Wszystkie piosenki na płycie "Ale jestem" mają niezwykle piękne teksty m.in. Magdy Czapińskiej, Wojciecha Młynarskiego oraz... Marcina Kydryńskiego. Jak Ci się udało go do tego nakłonić?

A.M.J.: Myślę, że to zasługa pięknych kompozycji Mateusza i Marcina Pospieszalskich. To one były inspirujące.

Tekst: Psalmu", ostatniego utworu na płycie był pierwszym tekstem piosenki, jaki Marcin kiedykolwiek napisał. Powstał w 10 minut na trasie Kraków - Warszawa, kiedy siedzieliśmy w pociągu pośród tłoku i nie bardzo było wiadomo, co ze sobą zrobić. Natomiast drugi, "Zanim zasnę" powstał z dnia na dzień - Marcin napisał go siedząc i oczekując na kolejny wywiad w sprawie Jazz Jambore, którego jest dyrektorem artystycznym. To mój ulubiony tekst.

P.F.: Na płycie towarzyszy Ci wiele znanych muzyków - Piotr Stawski, Marcin i Kuba Majerczyk, Mateusz Pospieszalski, Piotra Stopa - Żyzelewicz. No i oczywiście rewelacja płyty - Joszko Broda.

A.M.J.: Joszko zagrał przecudnie na różnego rodzaju fletach, drumlach, a nawet... liściach. Któregoś dnia po prostu przyszedł na nagranie z dużym słoikiem, w którym moczyło się kilka liści. Pytam go: "Joszko, co to za akwarium" A on na to: "to nie akwarium, to jest mój flet". Joszko, jak widać, potrafi zagrać na wszystkim, a jego obecność nadaje muzyce inna jakość. Stał się zresztą tematem jednej z moich piosenek. Wart jest wielu hymnów.

P.F.: Ale w dalszym ciągu czekamy na Twoją płytę jazzową, która powstał wcześniej, niż "Ale jestem", lecz na razie leży na półce i czeka na swoją premierę. Wiem już, że będzie nosić tytuł "Szeptem", a znajdzie się na niej m.in. Twoja wersja piosenki "Moja i twoja nadzieja", która wcześniej została wydana na płycie cegiełce dla powodzian.

A.M.J.: Płytę jazzową nagrałam w maju, żeby odreagować "akcję Eurowizja"... Miałam przyjemność wystąpić ze wspaniałymi muzykami, natomiast ja sama śpiewałam na tej płycie, powiedzmy "jazzowo", nie jest to jednak czysty jazz. Utwory na tę płytę kompletował jej producent, Marcin Kydryński, który zaproponował mi wachlarz najpiękniejszych polskich liryków - od tekstów Ordonki po Heya. W większości są to ballady, a cała płyta snuje się w swoim, wieczornym półmroku...

Jest nawet szansa, że będzie to album dwupłytowy. Płyta powstała bowiem za pieniądze Microsoftu, firmy, która od lat pielęgnuje moje wyczyny muzyczne innego typu. Niedawno obchodziłam wspólny jubileusz 5-lecia istnienia firmy w Polsce i mojego życia ze śpiewania. Z tej okazji w Filharmonii Narodowej 5 grudnia odbył się mój koncert jazzowy z udziałem wspaniałych gości - m.in. Tomasza Stańki, Zbigniewa Namysłowskiego, Wojciecha Karolaka, Henryka Miśkiewicza, Andrzeja Jagodzińskiego, Piotra Wojtasika. Całkiem prawdopodobne, że oprócz "Szeptem" do mojego jazzowego albumu dołączymy jeszcze płytę z nagraniem tego właśnie koncertu. Jeśli udałoby się to zrobić, będę szczęśliwa, chociaż wiem, że może to odstraszyć potencjalnych nabywców, ponieważ wiąże się z podniesieniem ceny.

P.F.: Myślę, że Czytelnicy nie wybaczyliby mi, gdybym nie zapytał Cię o związek z Marcinem Kydryńskim.

A.M.J.: Uważam, że pewne sprawy tak długo pozostaną prywatnymi, jak długo o nich nie mówimy. Są rzeczy, które chciałbym zachować dla siebie i mam nadzieję, że ani Ty, ani Czytelnicy "Cogito" nie pogniewają się.

P.F.: Przeciwnie - to cenne w dzisiejszych czasach.

Na temat Eurowizji mówiłaś już tyle, że pewnie masz dość tego tematu, ale do jednej sprawy chciałbym powrócić. Podobno o mały włos Twoja piosenka zajęłaby "pierse" miejsce...

A.M.J.: Rzeczywiści. W Dublinie towarzyszyła mi cała ekipa muzyków, kompozytorów i dyrygentów - Robert Amirian, Krzesimir Dębski, Wojtek Pilichowski, Tomek Lewandowski. No i, jak to panowie, nie stronili od rozmaitych imprez wieczornych i nocnych. Wracając pierwszego dnia naszego pobytu z takiej imprezy, zobaczyli pod hotelem olbrzymią reklamę czegoś, co nazywało się "Pierse". Ogromnie się z tego ucieszyli i natychmiast mi donieśli, że to jest dobra wróżba i na pewno wygramy ten festiwal! Potem, kiedy okazało się, że niestety, pierwsi nie jesteśmy, tylko jedenaści, chłopcy zupełnie mnie rozbroili: "Ależ o co chodzi, przecież "pierse" tylko w drugiej dziesiątce!"

(c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC