FANI O ANNIE MARII JOPEK
Zwykle wywiady przeprowadza się z gwiazdami, tym razem postanowiliśmy zmienić konwencję. Naszymi gośćmi są fani, jednak warto podkreślić, że nie są to obojętne osoby dla muzyki Anny Marii Jopek. Asia jest założycielką autoryzowanego fan klubu "Na dłoni", Monika oraz Józia to wspaniałe przyjaciółki muzyki Anny Marii Jopek. Być może kojarzycie nasz e trzy panie z koncertów. Oto co mówią o wokalistce, spotkaniach z nią, muzyce oraz emocjach jakie towarzyszą im podczas koncertów.
Tomek: Jak długo jesteście już wielbicielkami muzyki Anny Marii Jopek?
Józia: Wielbicielką muzyki Ani można powiedzieć, że jestem już blisko 7 lat. Od wydania albumu "Ale jestem", który zrobił na mnie ogromne wrażenie i tak oczarował, że moje zainteresowanie osobą Ani do tej pory jest żywe. Później dostałam od rodziców płytę "Szeptem", którzy stwierdzili, że muszą zmienić repertuar puszczany na okrągło w domu... Co prawda o tą płytę prosiłam bardzo długo, ale gdy ją dostałam, to już wszystko potoczyło się naturalnym tempem. Od tej pory muzyka Ani jest obecna w moim życiu...
Asia: Tomku, odpowiadając na to pytanie nie będę zbyt oryginalna, gdyż podobnie jak dziewczyny słucham Ani od czasu 42. Festiwalu Piosenki Eurowizji, kiedy to Anna Maria Jopek reprezentowała w nim Polskę. Jednakże muszę się przyznać, że piosenka "Ale jestem", którą Ania tam wykonywała nie od razu mi się spodobała. Kilka dni po tym wydarzeniu przyszedł do mnie kolega z kasetą, na której miał nagraną tą piosenkę. Zostawił mi ją a ja zaczęłam jej słuchać i...tak już zostało. To była pierwsza piosenka, której tak naprawdę zaczęłam słuchać, a może raczej wsłuchiwać się w nią. Do tej pory mówiłam o piosence, że jest "fajna", a tekst i muzyka nie były tak ważne. Było to pojęcie nieprecyzyjne - oznaka tego, że nadal się szuka tej właściwej, swojej, ukochanej muzyki. Ujął mnie Ani głos, wrażliwość, talent i kultura muzyczna. Jej muzyka jest samym p i ę k n e m . W przededniu ukazania się jej debiutanckiego krążka jeden z moich kolegów z licealnej klasy - Wojtek, zapytał się czy ktoś z nas lubi muzykę Ani. Powiedziałam, że ja i od tego czasu potrafiliśmy o tym przegadać każdą wolną chwilę. W drodze do szkoły, w szkole, w drodze do domu a w domu przez telefon. To trwało bardzo długo a w tym czasie chodziliśmy na wszystkie możliwe koncerty Ani. Pierwszy raz byliśmy 23 czerwca 1998 roku na koncercie "Szeptem" w radiowej Trójce. Wcześniej byliśmy w teatrze na spektaklu "Opętany", w którym Ania stojąc za ciemną zasłoną śpiewała "Dłoń zanurzasz we śnie". Co tydzień też jeździliśmy do Empiku przeglądać prasę w poszukiwaniu artykułów o Ani. Tak rozpoczęła się moja wielka przygoda z muzyką Ani Jopek i mam nadzieję, że trwać będzie jeszcze bardzo długo. długo.
Monika: U mnie było trochę inaczej, otóż moja przygoda z muzyką Ani rozpoczęła się od
albumu "Szeptem", uwielbiam polską piosenka liryczną, a
wykonanie ich przez Annę Marię Jopek po prostu mnie urzekło od samego,
początku. Tak więc, był to rok 1998.
Tomek: Jak poznaliście Anię?
Asia: Na koncerty chodziliśmy od czasu wspomnianego "Szeptem" i zawsze staraliśmy się pójść do Ani po koncercie. Jednakże tak się złożyło, iż tak naprawdę poznałam Anię, a raczej Ania poznała mnie, dopiero w 2000 roku na jednym z koncertów. Poszłam wtedy na niego razem z dwiema dziewczynami, które znały się z Anią i jeździły na jej koncerty po Polsce. Potem przez pewien czas Ania koncertowała w Warszawie tak dużo, że widywałam się z nią przez długi czas co miesiąc a zdarzało się, że nawet dwa razy w miesiącu. W tym czasie Ania zdążyła zapamiętać moją twarz i tak oto się poznałyśmy.
Monika: Przez prawie 5 lat słuchałam tej muzyki jedynie w zaciszu
domowym, nie znałam jeszcze nikogo, kto by mnie zrozumiał
i miał takiego samego bzika na punkcie muzyki Anny Marii
Jopek, do tego mieszkam w miasteczku, w którym raczej mało
sie dzieje i na najbliższy koncert musiała bym się wybrać
np. do Warszawy, która była dla mnie swego czasu nie do
opanowania... Wszystko zaczęło się od koncertu w Kielcach
(7.04.2003). Byłam ogromnie szczęśliwa, że Ania pierwszy
raz zagości w tym mieście. Oczywiście wybrałam się tam sama... Powiedziałam sobie, że taka okazja już się nie
powtórzy więcej, dlatego też za wszelką cenę muszę poznać tą
wspaniałą kobietę. Trzy godziny przed koncertem
wyczekiwałam już przed Kieleckim Centrum Kultury, ale
niestety i tak się spóźniłam, bo byli już na miejscu. Byłam
uparta. Sama nie wiem dziś jak, ale dostałam się do
środka, błądziłam korytarzami i nagle uświadomiłam sobie
że stoję pod garderobą Ani. Widziałam Marka
Naipórkowskiego strojącego się gdzieś na korytarzu. Nogi
miałam jak z waty i wtedy ktoś mnie stamtąd po prostu
wyrzucił. Nie poddałam się zrobiłam drugie podejście i
ujrzałam Anię idącą na próbę. Coś zagadałam, ale Ania była straszliwe miła, odpowiedziała mi na pewnie jakieś głupie pytanie i powiedziała, że spotkamy
się po koncercie. Tak też się stało, jak zwykle Ania
rozdawała autografy, poczekałam na koniec i podeszłam ze
stertą swoich "gadżetów" do podpisania. Trochę
porozmawiałyśmy o AFK i o Asi, bo byłam już członkinią "Na
dłoni". Całą noc nie spałam...
Asia: Mam nadzieję, że nie było to nic złego! (śmiech)
Monika: "I to pozostanie tajemnicą"... (śmiech)
Tomek: Moniko, Podobno kiedyś
nawet nie wiedziałaś, że Anna Maria Jopek i Marin Kydryński są małżeństwem?
Monika: Tomku! Czy ty musisz wszystko ujawniać? (śmiech) Tak to
śmieszne, ale prawdziwe. Muzyką Ani zaczęłam się
interesować niedługo po ich ślubie i zupełnie mnie wtedy
nie interesowało życie prywatne Anny Marii Jopek. A
audycji Marcina Kydryńskiego słuchałam już dużo wcześniej,
może nie tak systematycznie jak dziś, ale byłam jego
wielbicielką. Taka sama sytuacja: słuchałam muzyki, którą
prezentował i nic innego do mnie nie docierało. Zawsze
byłam na bakier z prasą, telewizją, w radiu tylko audycje
autorskie, więc wszystkie newsy z życia gwiazd mnie
omijają. Dopiero gdzieś w połowie 1999 roku jedna z moich
koleżanek, uświadomiła mi, że dwoje uwielbianych przeze
mnie ludzi to małżeństwo. Pierwszą rzeczą, jaką wtedy
pomyślałam było "no to jesteście na mnie skazani..." (śmiech)
Tomek: Józiu, podobno dla Ciebie Twoje pierwsze spotkanie z Ania to niejako metafizyka? ;-)
Józia: Anię poznałam w dość dziwny sposób, gdyż nie na jej występie, a na Zespołu Pieśni i Tańca "Mazowsze". I jeżeli metafizyka oznacza oderwanie od rzeczywistości, to jest to trafne określenie (śmiech). Zdarzyło się to na koncercie inaugurującym 50-lecie powstania "Mazowsza". Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że spotkam tam Anię mimo tego, iż wiedziałam, że jej tata jest solistą tego zespołu. Wypatrzyłam Anię przed koncertem, wiedziałam, że musi siedzieć gdzieś na widowni. Przez pierwszą część koncertu nie mogłam się na nim skupić, tylko szukałam wzrokiem Ani... W przerwie odnalazłam Ją... Rozmawiała z jakąś osobą... Ja musiałam śmiesznie wyglądać, bo stałam i uśmiechałam się do niej, choć Ania mnie przecież nie znała... Stałam tak, aż Ania do mnie podeszła, złapała za rękę i uśmiechnęła się... Tak było, choć nie wiem jak to się stało... Po prostu złapała mnie za rękę... Nie wiem dlaczego zrobiła taki gest, ale nic wtedy nie powiedziała... To była taka cudowna chwila, której się nie zapomina! Po koncercie nie miałam okazji już się z nią powymieniać uśmiechami, gdyż szybko uciekła... A ja zostałam z przekonaniem, że to była magia!
Tomek: Domyślam się, że często uczestniczycie w koncertach Anny Marii Jopek.
Które z dotychczasowych wywarły na Was największe wrażenie?
Monika: To chyba nie do ocenienia. Każdy był inny i w
każdym było coś, co mną poruszyło. Przeprowadzając selekcję
mogę wymienić np. koncert imieninowy w
gdyńskim klubie UCHO (26.07.2003 - przyp. red.), był na swój sposób jedyny ze względu
na solówkę jaką Henryk Miskiewicz wykonał do utworu
Nienasycenie. Każdy kto był na jakimkolwiek koncercie na
pewno słyszał i widział moment, kiedy Ania śpiewa "kobieta
jak ja chce przemierzać świat, z kimś kto by miał światowy
styl (w tym czasie zalotnie patrząc na pana Henryka i gdy
ten z wielka nadzieją i szczęściem patrzy na nią, ona
dalej...) a więc, a więc to nie ty..." (śpiewa) i wtedy Henryk
Miśkiewicz tak potwornie zawył na saksie, jak by serce
rozdzierało mu się na pół. Ten ból wtedy i ja poczułam.
Nie potrafię tego opisać, ale pierwszy raz w życiu
popłakałam się słuchając muzyki.
Koncerty w Jazz Cafe Łomianki też mają swój specyficzny
klimat. Jest tam dużo swobody i zawsze publiczność jest
niesamowita, tu nie sposób nie wspomnieć o koncercie
walentynkowym, który dla mnie połączony był z moimi
urodzinami obchodzonymi już po północy. Był to koncert
nadzwyczajny, a królował tam Czarek Konrat na
niestandardowych instrumentach perkusyjnych...
Wzruszył, a zarazem ubawił mnie również koncert, z serii
koncertów "dla krawatów" w Teatrze Stanisławowskim, na
imprezie "Fiata" z okazji przyznania nagrody roku dla
Fiata Pandy (18.12.2003.) Publiczność zupełnie martwa, a
my zafascynowane. Pierwszy raz usłyszałam "Wigilijną
kołysankę" na żywo, to kolejny moment kiedy łzy stanęły mi
w oczach, tego też dnia wyznałam panu Henrykowi , że po
nocach nie śpię przez tą solówkę z Nienasycenia, i choć
nie mieli w planach, zagrali tego wieczoru Nienasycenie, a
pan Henryk patrząc się na mnie zagrał to, o co prosiłam,
niestety muzyka ma to do siebie, że nie da się powtórzyć
dwa razy tego samego, ale i tak mu dziękuje. Na koniec,
podczas "Na całej połaci śnieg" band Ani jak to zwykle
bywa musiał wykombinować coś ekstra. I tym razem wyszło im
to znakomicie. Pojawili się na scenie ze światełkami na
choinkę ułożonymi na głowie, wyglądali komicznie, a w
momencie, kiedy je zapalili, ja po prostu o mało nie spadłam
z krzesła ze śmiechu. Ach... tak mogła bym mówić i mówić
o każdym z koncertów poklei, ale zakończę po tych trzech,
jako że je wspominam najlepiej.

Asia: To jest bardzo trudne pytanie i myślę, że nie pokuszę się o konkretną
odpowiedź. Każdy koncert Ani jest inny. Inna gra, inna energia, inne
utwory, inne aranże, wszystko inne. Raz koncert jest niesamowicie
żywiołowy, innym razem akustyczny. Bardzo ciepło wspominam koncerty
promocyjne przy okazji płyty "Bosa". Tak samo wspominam też swój pierwszy
koncert poza Warszawą - w gdyńskim klubie "Ucho". Niesamowite wrażenie wywarła na mnie solówka Henryka Miśkiewicza, o której wspominała Monika. Wyjątkowy był też tegoroczny koncert
walentynkowy w Jazz Cafe - akustyczny i z Czarkiem Konradem, perkusistą
grającym na wszystkim, co perkusją nie było no i "Droga na południe" -
tylko AMJ i Robert Kubiszyn na kontrabasie. O każdym koncercie można by
powiedzieć, że był wyjątkowy, bo inny i z każdym wiążą się rozmaite
wspomnienia i nie da się ich porównać.
Józia: Również trudno jest mi wybrać jeden koncert, z tylu cudownych. Mam same miłe wspomnienie związane z występami Ani i bandu i dzięki tym koncertom poznałam wspaniałych ludzi!!! Uważam, że wszystkie są bardzo magiczne i energetyzujące. Każdy ma inny klimat, otoczenie i przyjaciół siedzących wokół mnie, ale ja jednak uważam, że największe wrażenie wywarł na mnie koncert, który odbył się 15 maja 2003 roku w studiu Farat. Może dlatego, że był to mój pierwszy koncert Ani i zespołu i byłam nim bardzo podekscytowana, ale i zarazem zdenerwowana. Po nim spotkałam się jeszcze z Anią, co przepełniło szalę szczęścia... Koncert ten opisałam, choć trochę beletryzując, na próbnej maturze z języka polskiego z bardzo dobrym skutkiem (śmiech).
Tomek: Same podobno kiedyś pomagałyście w organizacji koncertu AMJ?
Asia: Nie pomagałyśmy dokładnie w jego organizowaniu, ale przy jego okazji. Pani
Grażyna Miśkiewicz poprosiła nas o pomoc w koncercie pod koniec ubiegłego
roku, w którym także Ania brała udział. Zebrałyśmy grupkę 7 osób i
pomagałyśmy przy sprzedaży biletów, w barku, wpuszczałyśmy publiczność na
salę sprawdzając bilety, pilnowałyśmy, by nikt nie przeszkadzał w trakcie
prób i podczas przerwy oraz sprzedawałyśmy płyty. To był bardzo miły wieczór i
cieszyłyśmy się, że mogłyśmy chociaż tak minimalnie odwdzięczyć się Pani
Grażynie za wszystko co dla nas robiła i robi. Jest tego tak dużo, że nie
wiem czy zdołamy odwdzięczyć się za wszystko, ale mam nadzieję, że jeszcze
nadarzy się nieraz jakaś okazja ku temu. pani Grażyno, dziękujemy!!!
Józia: Bardzo miło wspominam ten koncert i cieszę się, że mogłyśmy brać udział w tak szczytnym celu. Również podpisuję się pod podziękowaniami dla pani Grażyny Miśkiewicz.
Tomek: Józiu, jak to jest sprzedać dwa bilety Annie Marii Jopek na jej własny koncert?
Józia: Ojej, wszystko się wydało... Tak, to prawda, że sprzedałam Ani dwa bilety na koncert, na którym sama występowała. Był to charytatywny koncert, z którego dochód został przekazany na pomoc muzykowi, Wojtkowi Sewernowi. Dlatego Ania kupiła te dwa bilety, dla siebie i swojej siostry. Ania ma wielkie serce, co również może potwierdzić ta sytuacja. No, a że akurat to mnie przypadło to zadanie, to można było się tego spodziewać (śmiech). Samo wrażenie było ogromne. Trochę mnie "wmurowało" jak dawałam Ani te dwa bilety. Później razem z moją przyjaciółką Karoliną, która razem ze mną siedziała przy kasie, śmiałyśmy się długo z tego zdarzenia.
Tomek: Asiu, jesteś właścicielką "kostki" , którą Pat Metheny grał na
gitarze. Jak i kiedy wpadła w Twoje ręce?
Asia: To stało się po koncercie w Sali Kongresowej, kiedy to Ania i Pat zagrali
razem dwa koncerty, a właściwie trzy. Kiedy skończył się ten drugi Ania
powiedziała, że muszą jeszcze powtórzyć kilka piosenek, bo koncert jest
rejestrowany i że jeżeli ktoś nie ma ochoty może czuć się zwolniony z tego
"obowiązku". Oczywiście wszyscy siedzieli wbici w fotele. Ja natomiast
razem z jedną osobą z AFK poszłam pod samą scenę i resztę przesiedziałyśmy
tam na podłodze. Potem ekipa, która zwijała sprzęt zaczęła zbierać
rozsypane po scenie kostki Pata i kilka rozdali ludziom stojącym wytrwale
pod sceną. Tak się akurat złożyło, że i mnie udało się taką dostać. Stoi u
mnie na półce oprawiona w ramkę.
Tomek: Widziałem, że macie nawet swoje dzienniczki obecności, do których AMJ
wpisuje się Wam po każdym występie?
Monika: Z tego co wiem to tylko ja i Asia. Ale ja przyznam, że
bezczelnie ściągnęłam ten pomysł od Asi i jestem w tej
dziedzinie laikiem, gdyż mój dzienniczek ma zaledwie osiem
miesięcy i liczy tylko siedem wpisów. Tutaj oddam głos niezastąpionej Asi.
Asia: Tak, to prawda. Założyłam sobie taki dzienniczek w 2000 roku, bo po kilku
koncertach miałam różne wpisy na kilku luźnych kartkach. Uznałam więc, że
jest to bardzo fajna sprawa, ale lepiej będzie mieć wszystko w jednym
miejscu. Po kilku wpisach Ania ochrzciła ten notesik "Listą obecności" i
ta nazwa się przyjęła. To fantastyczna rzecz i bardzo pilnuję tego notesu
a Ania skrupulatnie po każdym spotkaniu wpisuje tam kilka słów o tym, co
się zdarzyło. Tylko przez to ma nieco więcej pracy po koncertach.
Tomek: Miałem możliwość obserwowania Was na jednym z koncertów. Emanuje od Was
niesamowita energia. Wiem, że potrafiłyście rozruszać niejedną sztywną
publiczność...
Monika: Obserwowałeś nas... o ty niedobry, myślałam ze bawiłeś się
z nami. (śmiech)
Muzyka Ani daje nam niesamowite doznania,
kochamy to i nie potrafimy usiąść i po prostu słuchać.
Każdy utwór przekazuje inne emocje i my (czasami bardzo
widocznie) pokazujemy je. Do tego, gdy widzimy, jak bardzo
podoba się to Ani i zespołowi, to że czujemy tą muzykę,
iż reagujemy na nią w dany sposób. Zadowolenie bandu
wręcz nas dopinguje, a oni aż chcą grać, gdy widzą ze
publika to akceptuje.
Nie wiem czemu, ale dziś ludzie są bardzo zamknięci nie
umieją pokazywać emocji i choć przychodzą na koncert, nie
potrafią pokazać, czy im się to tak w ogóle podoba czy
znaleźli się tu przypadkiem. My swoją otwartością
zachęcamy publikę do wyrażania emocji, no i czasem się
udaje. :-)
Asia: Kiedy idziemy na koncert Ani staramy się jak najlepiej bawić i poszaleć. Nie zawsze tak było, bo klubowe koncerty nie kojarzyły mi się z czymś takim. No i nie miałam z kim szaleć. Ania kiedyś rzeczywiście stwierdziła coś w tym stylu jak mówisz, ale to co robimy na Ani koncertach to dla nas wielka frajda. Czasem publiczność jest trudniejsza, kiedy jest to jakiś bardziej oficjalny koncert, ale kiedy rozbrzmiewa pierwszy utwór to nas ponosi w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po prostu żywiołowo reagujemy na wszystko co dzieje się na scenie. Może to dodaje też odwagi innym. Kiedy jesteśmy grupą po prostu nas słychać. Okrzyki, głośne oklaski, pstrykanie i zabawa z zespołem są na porządku dziennym. Wozimy też ze sobą paczuszki pastylek Tic-tac (na piosenkę "Cichy wielbiciel") a ostatnio dziewczyny przywiozły własne instrumenty na plenerowy koncert i grały na nich! Kiedyś miało miejsce zabawne zdarzenie po jednym z takich oficjalnych występów Ani. Poszłyśmy do Ani i pani Grażyny Miśkiewicz po koncercie żeby się pożegnać i podziękować za wszystko, a jeden z Panów, dla którego firmy odbywał się ten koncert podszedł i z uśmiechem spytał, czy to my siedziałyśmy tam z przodu. Chyba nie widział nas zbyt dokładnie, ale pewnie słyszał. Taka wspólna zabawa na koncercie, to coś wspaniałego a zawdzięczam to kilku osobom z AFK "Na dłoni", z którymi robimy sobie grupowe wypady na koncerty i zawsze z utęsknieniem czekamy na to magiczne u nas słowo..."data". Oczywiście chodzi tu o datę kolejnego występu. Kiedy dowiaduję się o nowym występie często słyszę okrzyki żywiołowej radości ze strony klubowiczów: "Jest data"! Potem smsowe odliczanie dni lub godzin i ...koncert!
Józia: Staramy się będąc na koncertach jak najwięcej energii wysyłać w stronę Ani i zespołu, dlatego też nieraz zdarzają się śmieszne sytuacje. Ja kiedyś po solówce Napióra z pozycji "po turecku" wyskoczyłam w górę i zaczęłam krzyczeć, natomiast wszyscy ludzie, którzy zebrali się na koncercie mięli z tego niezły "ubaw". Każdy siedział, a ja skakałam i krzyczałam. Po prostu oddajemy energię, którą dostaliśmy z powrotem nie zważając na okoliczności...
Tomek: Asiu, prowadzisz największy Fan Klub AMJ, jak współpracuje Ci się z
fanami?
Asia: Polemizowałabym w temacie największego fan klubu, ale z fanami współpracuje mi się znakomicie. To wspaniali ludzie kochający muzykę, dojrzali, wrażliwi i kulturalni. Dzięki prowadzeniu fan klubu "Na dłoni" miałam okazję poznać wiele cudownych osób, z niektórymi nawet zaprzyjaźnić się. Bardzo się cieszę z tego powodu i z tego, że mogę dzielić swą pasję do muzyki Anny Marii Jopek z innymi. Także z Tobą Tomku. Jest kilka osób, które są mi szczególnie bliskie, które na pewno się rozpoznają a dzięki którym mogę przeżywać wspaniałe chwile i porozmawiać nie tylko o muzyce. Jestem po prostu szczęśliwa, że muzyka Ani pojawiła się w moim życiu, a te wszystkie osoby czynią to jeszcze większym szczęściem.
Tomek: Dziękuję wam za rozmowę. Do zobaczenia na koncertach!
rozmawiał: Tomasz Gajewski
wrzesień 2004 r.
|
|
|