Jak mnie wychowano

Sto ciotek do kochania

Wysokie obcasy extra | LISTOPAD 2018 | wysokieobcasy.pl
Wysłuchała Beata Kęczkowska, zdjęcie Szymon Szcześniak/ LAF AM

Moją ulubioną bohaterką literacką, kobietą, z którą mogłabym się utożsamić, jest Pchła Szachrajka. Sam wdzięk

Na mojej nowej płycie w piosence „Nielojalność” śpiewam: „widać za mało bili tata z mamą”. Mnie rodzice nigdy nie uderzyli. Moje życie jest wielkim hymnem miłości. Urodziłam się moim rodzicom, śpiewakom i tancerzom zespołu Mazowsze, i od początku miałam sto ciotek, które mnie kochały i nosiły na rękach.

Gdy na ekrany wszedł film Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna”, poszłam go zobaczyć do kina Wisła. Szlochałam od pierwszego kadru. Jak były przepiękne te czarno-białe zbliżenia na wiązania mazowszańskich chust. Od dziecka znam każde ich wiązanie, pod każdą ze spódnic siedziałam. Moim największym łupem było zbieranie cekinów i tego wszystkiego, co się osypywało z kostiumów mazowszańskich po każdym koncercie, w którym występowali rodzice. i oczywiście muzyka. Wystarczyły dwa takty intro i miałam ciarki na całym ciele. Znałam wszystkie piosenki Mazowsza. Moje pierwsze nagranie dla Polskiego Radia odbyło się, gdy miałam trzy lata, zaśpiewałam: „Świeć miesiączku w okno moje/wyńdź Marysiu serce moje/Óna wysła i wyjzała,/siwe oceńka zapłakała”.

Próbowali, próbowali, po czym wszyscy zwijali się do garderób, bo mieli bardzo dużo do założenia, kobiety warkocze do wplecenia, rzęsy do przylepienia. kobiece stroje były karkołomne w montażu, ciężkie tkaniny, ale przede wszystkim stelaże, na które nakładło się suknie. I w tym trzeba było wywijać piruety i skakać, kolosalny wysiłek. Wszyscy byli herosami i wszyscy obecnie leczą biodra i kolana.

zdjęcie Szymon Szcześniak/ LAF AM

Wszystkie te moje ciocie kocham, co ro- ku w rocznicę śmierci taty, 1 sierpnia, zapraszam je do domu i do ogródka. Przychodzi około stu ciotek, wszystkie wyglądają genialnie i jak już trochę zjedzą i się nagadają, zaczynają śpiewać i tańczyć. Nie jestem w stanie uwierzyć, że to mi się zdarza.

Wszystko u mnie zaczęło się od dźwięku. I takie głębokie przeświadczenie, czym ja się chcę zajmować, przyszło też wtedy w kongresowej. Pomiędzy próbą a koncertem, oni wszyscy byli w garderobach, a ja, taka mała, wyszłam sobie na scenę. Panowa- ła kompletna cisza, ciemność. stałam na tej scenie zupełnie sama z tym czymś, co miało się dopiero stać, nadejść. Pomyślałam sobie:

„To chciałabym robić całe życie”. Nigdy też nie widziałam siebie stadnie. taki zespół to był ogromny mechanizm, w tym samym momencie wszyscy musieli podnieść nogę, zamachać chustką i wykonać dokładnie pod tym samym kątem obrót. to mi imponowało, ale ja chciałam inaczej, sama.

Choć kocham porządek, przecież kolejne lata swojego życia spędziłam na Krasińskiego w szkole muzycznej, godzinami trenując palce i głowę, grając Bacha. Każdy, kto przejdzie od inwencji dwugłosowej po „Das Wohltemperierte klavier” Bacha, musi być osobą zdyscyplinowaną, nie da się tego inaczej załatwić.

Imię mam z piosenki. W latach 70. czerwone Gitary śpiewały utwór „Anna Maria”. A moja siostra? Chyba po prostu mamie podobało się imię Patrycja. Jest młodsza o cztery lata. Strasznie darłyśmy ze sobą koty. Przez całe dzieciństwo. Jak się nam kupowało lalki, musiały być identyczne. Siostra gra na skrzypcach, ja na fortepianie. Miałyśmy obcykane parę sonat Beethovena, Schumanna, Schuberta. Gdy przychodzili goście, tatuś mówił: „to może dziewczynki teraz zagrają”. Goście zaczynali wtedy nerwowo patrzeć na zegarki. Trzeba mieć pecha, żeby przychodzić do kogoś na plotki, a lądować na Beethovenie.

Mama, Gdańszczanka, była absolwentką szkoły baletowej. Mazowsze było marzeniem – móc tańczyć, śpiewać, móc jeździć po świecie. Dostali się do Mazowsza, podobnie jak te dzieci w „Zimnej wojnie”, przyjechali na eliminacje do Karolina. Tatuś ze Skolimowa. Tata był w zespole całe życie, a mama skończyła pracę po czterdziestce. Bardzo to przeżyła. Co to jest za wiek, ta czterdziestka? A dla tancerza to jest koniec. Ten zawód ma krótszą żywotność. Kiedyś po spektaklu Piny Bausch siedziałam z jedną z tancerek. Była konsultantką, już nie występowała. Po dwóch winach stała się wylewna i melancholijna i powiedziała: „Najgorszy dramat to nie móc tańczyć”. Ja obstawiłam wspaniały zawód, bo w nim kobiety dopiero koło sześćdziesiątki rozwijają skrzydła (śmiech).

Rodzice śpiewali w domu, ale tylko troszkę. Ale często byłam z nimi, gdy występowali. Jak wyjeżdżali za granicę, to bardzo za nimi tęskniłam. Zostawała z nami wtedy niania. Jak wracali, to było święto. Dużo jest tęsknoty w moim dzieciństwie, ale rodzice byli tacy piękni i szczęśliwi na scenie. Szybko nauczyłam się rozumieć, jak bardzo to dla nich jest ważne. Mama jest dziś we wspaniałej formie, jest studentką uniwersytetu trzeciego wieku.

Tatuś był lwowiakiem. Cała jego rodzina bydlęcym wagonem została przewieziona po wojnie na tereny nad Odrą. I tam biedny dziadek jubiler ze Lwowa musiał się uczyć pracy na roli. To po dziadku mam umiłowanie do kamieni, przy moim łóżku leżą kwarce różowe. Są ciepłe.

Dziadkowie zamieszkali nieopodal Brzegu nad Odrą, tam tatuś chodził do szkoły handlowej, czego z całego serca nienawidził. Aż do momentu, kiedy uznano, że ma wielki talent i tak cudowny głos, że posłano go do Skolimowa i potem do Mazowsza.
Jego siostra, moja ciocia, studiowała lingwistykę we Wrocławiu. Potem została naczelnym tłumaczem działu francuskiego przy ONZ-ecie w Nowym Jorku. Polka na czele tłumaczeń francuskich… Ściągała mnie do siebie od czasu do czasu.
Tatuś miał jeszcze o dwa lata starszego brata Dziunka, śpiewał najpiękniej na świecie, wszyscy go kochali. Dziunek, mając osiem lat, pojechał na kolonie i się utopił, porwał go wir.

Dziadkom było tak ciężko, że podjęli decyzję o emigracji. Pojechali do Kanady, do Toronto. Pracowali w fabryce czekolady Hershey’s. Dziadek był człowiekiem wielkiej nadwrażliwości. Gdy był malutki, matka zostawiła go pod Lwowem u mamki. Powiedziała, że musi jechać do męża za ocean. Dziadek rósł w przeświadczeniu, że jego rodzice pewnego dnia się pojawią, ale nigdy się tego nie doczekał. Ludzie, którzy go wychowali, bardzo go kochali, przyjął ich nazwisko Jopek. od pewnego momentu zaczęły przychodzić pieniądze z Czerwonego Krzyża dla dziadka, ale nie wiadomo, kto je wysyłał. Jestem ostrożna w opowiadaniu tej historii… Prababcia była podobno śpiewaczką operową, a jej mąż lekarzem. Wiadomo, że wsiadła na „Titanica” i się nie uratowała. Nawet nie wojna, zawieruchy po niej, ale właśnie to czekanie na rodziców było najgłębszym doświadczeniem dziadka.

Podejrzewam, że jak dziadek już zjechał na tamtą stronę oceanu, próbował szukać kontaktu ze swoim ojcem. Ale był w tej sprawie skryty, nie można było z nim tego tematu poruszać. Kiedy jeżdżę na koncerty do Toronto, zawsze chodzę do nich na cmentarz.

Rodzinę mam rozsianą po całym świecie. Mama mojej mamy była z pięciorga rodzeństwa. Jeden brat zginął na początku wojny w pociągu, który został zbombardowany. Najmłodszy został wysłany przez Bałtyk. Prababcia po stracie jednego syna zrobiła wszystko, by ocalić drugiego. Wujek nadzwyczajnie sobie radził, przez jakiś czas pracował w Afryce w kopalniach złota. Kiedy wystarczająco dużo zarobił, ponieważ jego marzeniem było opłynąć świat, wsiadł na statek i na wysokości Nowej Kaledonii poznał kobietę i się zakochał. Osiedli razem w Australii. Dwa lata temu byłam na trasie w Australii i odwiedziłam wuja – 96 lat i niesamowita przytomność umysłu. Jego żona już umarła, wuj mieszka więc w domu opieki, przyfruwają tam wielkie białe papugi, siadają mu na tarasie. Jego siostry i brata pochowałam 20 lat temu. Kiedy usiadłam obok niego, popatrzyłam na jego dłonie, jak zaczął mówić, to ich wszystkich zobaczyłam w moim dziadku wujecznym, jak go nazywam.

Babcia, mając lat 60, postanowiła go odwiedzić. Na miejscu zdecydowała, że zostaje. Prawie natychmiast się zakochała. Przyjechała do Polski w odwiedziny po paru latach i tutaj dopadła ją śmiertelna choroba. Po kimś to ja muszę mieć, że umiem zaryzykować.

Kobiety w rodzinie babci musiały sobie permanentnie radzić same, bo ciągle nie było mężczyzn. Oni zawsze walczyli, gdzieś fruwali. Zwłaszcza że ta rodzina ciągle wszystko traciła. Jak był piękny dom, to został zbombardowany. One szybko wypracowały metodę, że zwija się tylko dzieci, jakieś złoto, żeby było co sprzedać i w drogę. Kiedyś mama zaczęła wspominać, jak to babcia dostała od dziadka, który był w Londynie pilotem, piękny płaszcz w paczce. Przez pół dnia babcia pooglądała siebie w tym płaszczu, a wyglądała cudownie, po czym nazajutrz przyszła bez płaszcza, ale z całą torbą jedzenia.

Po babci mam złoty pierścionek, po prababci – korale, niestety z kości słoniowej. Niestety, bo strasznie kocham słonie. Ale nie mogę się pogrążać w żalu i wyrzutach z tego powodu. Trzymam te korale przy łóżku.

Dzięki tym dzielnym kobietom nauczyłam się nie przywiązywać do niczego zanadto, bo straty mogą być nieustające. Oczywiście łatwiej to odnieść do przedmiotów niż do tych, których kochamy. To już jest wyższa szkoła jazdy, ale to też musimy oswoić.

Pzzez jakiś czas miałam biuro i pracownię w budynku Cosmopolitan. Widziałam z niego ulice mojego życia. Emilii Plater, gdzie się urodziłam. Bloku na Pańskiej, gdzie mieszkaliśmy, już nie ma, został zburzony. Urodziłam się 14 grudnia, był pieruński mróz, więc mama wywoziła mnie w wózku poowijaną w kocyki do kępy drzew w pobliżu Pałacu Kultury. To były pierwsze spacery, później zaczęłam maszerować do ogrodu saskiego. Po lewej widziałam kościół, w którym byłam ochrzczona, a w oddali Salę Kongresową, gdzie mając trzy lata, zrozumiałam, co chcę robić w życiu, a potem po raz pierwszy usłyszałam Pata Metheny’ego, by 20 lat później wspólnie z nim wystąpić.

Na Pańskiej nad nami mieszkał starszy ode mnie o parę lat Robert Brylewski, który odprowadzał mnie do przedszkola, jak mama nie mogła. Cudowny Robert, za którym całym sercem płaczę. W przedszkolu nie byłam specjalnie szczęśliwa do momentu, gdy odkryłam, że są zajęcia muzyczne. Byłam w swoim żywiole i po pewnym czasie ustawiałam wszystkie dzieci.

Kolejny adres to była Wolska, gdzie osiadła babcia, która dostała tam mieszkanie komunalne. babcia pochodziła z porządnej przedwojennej rodziny, pradziadek był profesorem matematyki, herbu Nałęcz. Wszystkie ę i ą, a tu robotnicza Wola, gdzie widniało na murze „Wola dla Wolaków”. Ale zostaliśmy przyjęci, a ludzie wokół okazali się przecudni. Po powrocie babci z Australii, gdy była chora, zamieszkałyśmy razem. Pracowałam już w nagraniach, potrafiłam wracać o trzeciej nad ranem, drobne żuliki kręciły się tu i ówdzie, ale słyszałam „Nie, nie nasza Anka wraca”. Wszystko o wszystkich wiedzieli. Jak przychodził do mnie kolega i stawał przed klatką, sąsiadka z okna go od razu instruowała: „czterdzieści cztery”.

To wówczas moi rodzice zaczęli budować na Żoliborzu dom. Mieszkam w nim do dziś. Zmieniłam bardzo dużo, jest przebudowany, ale duch jest ten sam. I tak się z tego bardzo cieszę, że moje dzieci mogą się tu wychowywać i moje koty. Żoliborz jest wymarzonym miejscem dla kotów.

Jak byłam dzieckiem, miałam psa. Żył z nami 17 lat. Jak odszedł, ślubowałam sobie, że więcej nie wezmę psa. Wtedy nastały koty. Wydawały się dobrym pomysłem, bo były niezależne, że jakby co, będziemy po nich mniej cierpieć. ale to się tylko tak wydawało. Przez wiele lat mieszkała z nami Pomponia. Gdy odeszła, chłopcy rozpaczali, nie było dyskusji – wzięliśmy dwa kolejne. Jeden to rasowy maine coon, drugi z przytuliska. Karmel grasuje po ogródkach, permanentnie wskakuje do państwa Blikle i stamtąd nie może sam wyjść. Ostatnio błysnęliśmy na Żoliborzu, bo pod nieobecność właścicieli włamaliśmy się do ich ogródka – kot płakał za płotem, godzina 22. Nie było rady. Mój syn Stanisław, bardzo rosły, niania Dania i ja oraz dwie drabiny. Przystawiliśmy je od frontu i uratowaliśmy Bubusia.

Jakich Genialnych sąsiadów mieliśmy – naprzeciwko nas mieszkał Tadeusz Łomnicki. Jak zdałam do szkoły muzycznej na fortepian, a nie mieliśmy instrumentu, zaproponował, że odda nam swój. I powędrowało to pianino z jednego końca ulicy na drugi i stało się miejscem wylewania moich łez, ponieważ nie kochałam ćwiczyć. Przez wiele lat nie kochałam, aż zmieniłam zdanie i żałowałam, że ćwiczyłam za mało.
Na mojej ulicy mieszkała też Agnieszka Osiecka. Czasem jeździła ze mną autobusem 116. Była tak nieprawdopodobnie piękna i nierealna. Nie nadawała się do tamtych siermiężnych czasów.

Moją sąsiadką była Monika Borys, wówczas żona Jarosława Kukulskiego. Kończyłam właśnie akademię muzyczną, tata Natalii uznał, że sobie dobrze radzę w śpiewaniu i że powinnam startować do Opola. Dostałam się. Moją sąsiadką żoliborską była też Zosia Nasierowska. Rodzice poprosili, żeby zrobiła mi zdjęcia. „Wszyscy, których fotografuję na starcie, potem sobie dobrze radzą” – żartowała. W czasie sesji opowiedziałam jej, że zakwalifikowałam się do Opola, ale nie mam pojęcia, co miałabym zaśpiewać. Chwyciła za telefon i zadzwoniła do Dudusia Matuszkiewicza. „Jedź do Dudusia, on ci da coś pięknego do śpiewania” – kazała. I rzeczywiście dał mi piękną piosenkę, którą napisał z Agnieszką Osiecką – „Oddalasz się”. I z nią miałam jechać, ale wstrzymało mnie ciało pedagogiczne. Poszłam do dziekanatu poprosić o przełożenie drugiego egzaminu dyplomowego, bo wypadał w czasie Opola. Pani w dziekanacie o mało mnie nie zabiła wzrokiem: „Nawet nie będę tych rzeczy komunikować komisji, proszę to sobie wybić z głowy!”.

Jak niepyszna zrezygnowałam z tego występu. Ale kara i tak jeszcze była. Gdy przyszłam na ten dyplom, asystenci szeptali między sobą: „o, przyszła gwiazda nam pograć”.

Po studiach muzycznych zdałam na filozofię. Kiedyś przyjechał Umberto Eco. „Jak się każdy głęboko zastanowi, to ma w życiu jedną książkę, która go jakoś wyraża i którą czyta w różnych momentach życia i za każdym razem znaczy co innego dla niego. Gdyby każdy odpowiedział sobie na pytanie, co jest dla niego tą jedną książką, żyłoby się nam znacznie lepiej. Potrzeba znalezienia tej jednej książki powinna być dla nas ważnym elementem poznania siebie” – mówił.
Dla mnie taką książką jest „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Natomiast moją ukochaną bohaterką literacką, kobietą, z którą mogłabym się utożsamić, jest Pchła Szachrajka. Sam wdzięk. W opozycji był Koziołek Matołek, którego uważałam za skończonego nieudacznika i bardzo się go bałam.

Ale prawdziwy lęk, który całe życie mam, to taki, żeby nikomu nie zrobić krzywdy. To zgroza mojego życia. Bardzo się też bałam, że umrze moja babcia zza oceanu. Bałam się, że ona umrze i mój tatuś będzie cierpiał. Zawsze chciałam być świetną uczennicą, być dobra ze wszystkiego, żeby go nie zawieść, żeby był ze mnie dumny. On był bardzo wrażliwym człowiekiem, strasznie mnie kochał i strasznie we mnie wierzył. Mimo że czułam, że to jest bezinteresowne, że nawet jakbym patałaszyła w życiu, to tatuś by mnie nadal kochał, nie mogłam sobie pozwolić, by to sprawdzić. Nie przeżyłam buntu, wręcz przeciwnie. W czasach liceum poszłam w głęboką duchowość, aż się tatuś zaczął denerwować, że zostanę zakonnicą. Przychodził do kościoła i mnie stamtąd wyciągał.

Zresztą zawsze mnie wyciągał, gdy popadałam w jakąś misyjność.
Miałam ze 20 lat, gdy zatrudniłam się jako wolontariuszka na koloniach dla dzieci z rodzin uzależnionych od alkoholu. Namówiła mnie na to przyszywana ciocia Alina Janowska. Była dobrym duchem Żoliborza, bardzo mi jej brakuje. Z kolonii miałam przeskoczyć na kurs wokalny jazzowy. Ale jakoś mi przestało zależeć, zadzwoniłam z budki do taty i powiedziałam: „Ja tutaj zostaję, jestem potrzebna, jest bardzo mało ludzi, a te dzieci mają bardzo ciężkie życie”.

Po kilku dniach straciłam na tych koloniach głos, bo ciągle kogoś wołałam, bardzo dużo mówiłam. Tatuś przyjechał bez zapowiedzi i mówi do wychowawczyń: „bardzo dziękujemy, Ania się tutaj już nasłużyła, teraz Ania musi jechać śpiewać”. Oczywiście, że z nim pojechałam. Na kursie słowa nie mogłam z siebie wydusić, miałam zdarte gardło. Siedziałam i płakałam z tęsknoty za dziećmi z kolonii. otworzyłam buzię na dwa dni przed końcem kursu i zakwalifikowałam się do koncertu finałowego ku oburzeniu niektórych koleżanek.

Kiedyś siedziałam i płakałam, że nie odpala mi czwarty palec w jakiejś sonacie Beethovena. Zobaczył mnie tatuś: „Dziecko, dlaczego ty płaczesz? Nie możesz tak siedzieć i się udręczać. Powinnaś kupić sobie sukienkę i iść na dyskotekę”.
ale nie żałuję, że nie chodziłam na wagary. studia muzyki są niesamowite. Żal mi tylko, że parę osób nie miało pomysłu, jak nas prowadzić. obowiązywał reżim i zastraszanie. ale taki był wtedy system wychowawczy.

Miałam też przecudownych profesorów. Moim profesorem literatury muzycznej był Stanisław Leszczyński, który jest teraz szefem Festiwalu Chopin i jego Europa. On nas nigdy nie zastraszał. „Proszę państwa, dziś zetkniemy się z największym zjawiskiem sztuki barokowej. Wielka msza h-moll Jana Sebastiana Bacha. Kto z państwa zna, kto słyszał?”. Cisza. Nikt nie podnosi ręki, bo wszyscy wiemy, czym to grozi. Że padnie pytanie: „a co śpiewa alt w partii z Glorii?”. Profesor popatrzył na nas i mówi: „Naprawdę, naprawdę państwo nigdy nie słyszeli Wielkiej mszy h-moll Jana Sebastiana Bacha? Boże, ja państwu zazdroszczę, jak ja bym to chciał jeszcze raz przeżyć. Pierwszy raz usłyszeć Wielką mszę h-moll Jana Sebastiana Bacha”.

Świetnie zarabiałam, gdy byłam na studiach. Studiowałam fortepian, mozolnie, z pietyzmem, ale nie miałam wielkich pianistycznych predyspozycji. Jak się denerwuję, to się spinam, jak się spinam, spina mi się kark, a pianista musi być luźny. Ale studiowałam ten fortepian, czasem myślę, że głównie dla taty.

Podśpiewywałam tajnie, zaciągnęłam się do studia reklamy Radia Zet i trzepałam tam w studiu nagraniowym reklamy, śpiewając wszystko, co tylko było można wyreklamować. O samochodach rozmaitych marek, o dezodorantach, o Pepsi. Na koniec miesiąca dostawałam worek pieniędzy. Rzucam ten worek na stół, a tata do mnie mówi: „To jest strasznie demoralizujące. Godzinami ćwiczysz tego Bacha, a tam 15 minut śpiewasz i zarabiasz dwa razy tyle co ja”. Zarobione pieniądze zainwestowałam w jedno z dzieci z obozu, na którym byłam. Miało wybitny talent sportowy, zasponsorowałam mu kursy.

Z tego miejsca, miejsca mojego dzieciństwa, nie ruszyłam się nigdzie, jednocześnie będąc już wszędzie. stanęłam na najwspanialszych scenach świata, zawsze wtedy myślę o tacie. Zdarzyło mi się i Hollywood Bowl, opera w Tokio, opera w Tel Awiwie, Carnegie Hall, gdzie miałam garderobę Bernsteina. Wydaje mi się nie do uwierzenia, dokąd mi się z tej drogi na Żoliborzu udało zawędrować, za każdym razem szczypię się, kiedy to się dzieje. a z drugiej strony nigdy już nie miałam takich nerwów jak wtedy, gdy szłam w dół Krasińskiego do mojej szkoły i musiałam zagrać kolejny egzamin, i donieść w palcach i w głowie tego Bacha czy kolejnego Mozarta. Teraz biegam codziennie swoich siedem kilometrów tą drogą, którą mój świat się zaczynał, kończył i zależał od tego, jak ja zagram Mozarta. Nic więcej nie istniało.