Z Anną Marią Jopek rozmawia Jacek Cieślak
Bogate życie koncertowe i wydane jednocześnie trzy płyty - "Polanna", "Haiku" i "Sobremesa", to wystarczające usprawiedliwienie czterech lat fonograficznej przerwy Anny Marii Jopek.
Wyobraź sobie, że jesteś polską wokalistką z klasycznym wykształceniem, zafascynową muzyką świata i jazzem. Zapraszają cię na występ do Carnegie Hall, gdzie dostajesz garderobę Leona Bernsteina. Dotykając klawiatury jego fortepianu, czujesz ciarki na plecach, a twój wewnętrzny radar wyczuwa podświadomie energię, jaką pozostawił wielki artysta i jemu podobni w pudle rezonansowym instrumentu.
Przed wejściem na scenę Hollywood Bowl, promieniuje na ciebie uśmiech Artura Rubinsteina z wielkiego portretu. A chcą cię jeszcze w londyńskiej Queen Elizabeth Hall i Royal Festival Hall. A także w operach Tokyo i Tel-Avivu.
Prawda, że w takich okolicznościach nie myśli się o powrocie do studia?
Kto by chciał się zamknąć w klaustrofobicznej przestrzeni i zmagać z materią nowej płyty!
- Niebywale doceniam moje życie koncertowe - mówi Anna Maria Jopek. - Nie zasłużyłam na aż tyle. Dlatego staram się nie myśleć o sobie, tylko o muzyce: to lek na wszelkie lęki i niepewności. Tyle rzeczy w międzyludzkiej komunikacji nawala, a muzyka nie. To dociera do mnie, zwłaszcza gdy jestem daleko od domu, śpiewam po polsku i nawiązuję ze słuchaczami niebywałą nić emocjonalnego porozumienia. Wróciliśmy do korzeni grania, bo ludzie w czasach kryzysu szukają okazji do spotkań - bycia razem. Muzyka daje energię.
Do nagrywania płyt nie zachęca również spadająca sprzedaż. Jednak Anna Maria Jopek nie należy co coraz liczniejszej grupy artystów, którzy narzekają na to zjawisko i Internet. Mówi o pozytywnym przewartościowaniu sytuacji.
- Nie boję się rewolucji, która trwa. Myślę, że dzięki nowym technologiom w nagrywaniu płyt dochodziło już do absurdu. Każdego słuchacza można oszukać - fałszować jak pies, a wydawać nagrania wystrojone, jak żyleta. Jest cała masa płyt z ukradzionymi albo sztucznie brzmiącymi utworami, stworzonymi przez muzycznych samozwańców. Wykorzystują próbki nagrań największych mistrzów, bo przecież wszyscy są już zsamplowani, a byle amator ma w swoim komputerze nowoczesny program do kopiowania.
Poza tym, obecność w sieci pozwala uniknąć beznadziejnej gry, która trwała w firmach fonograficznych, gdzie menedżerowie od muzycznych strategii decydowali o tym, komu dać prawo głosu i w jaki projekt wpompować pieniądze.
- Dzięki Internetowi zyskałam pewność, że jeżeli muzyk ma coś ciekawego do zaoferowania - słuchacze go znajdą. Mnie znajdują również na scenie. Dlatego nie czułam potrzeby nagrywania.

Oczywiście, żeby poczuć satysfakcję śpiewania na najważniejszych scenach, trzeba poświęcić mnóstwo czasu na samolotowe przeloty, przesiadki, koczowanie na lotniskach, zmiany czasu, bywa że nie przespane noce w hotelach. Dla wielu artystów jest to problem.
- Mam problem dodatkowy, bo po urodzeniu dzieci boję się latać. Paradoksalnie, taki stres działa na mnie pozytywnie, bo kiedy już dolecę do miejsca przeznaczenia i wystawią mnie z samolotu - jestem szczęśliwa, że żyję i mam na scenie dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Poza tym trudniejsze chwile w powietrzu pomaga mi przetrwać zespół. To jest moja druga rodzina. Wszyscy mamy w sobie dziecko, które pragnie nowych doświadczeń, zajrzeć do nieznanego zakątków świata. Doceniamy to, co nam się przydarza - obecność w niesamowitych miejscach i spotkania ze wspaniałymi ludźmi.
Kraj kwitnącej ciszy
W karierze każdego muzyka, przychodzi jednak taki moment, że publiczność oczekuje nowej płyty. Zachodni promotorzy również domagali się premiery, bo, pomimo kryzysu jaki przeżywa rynek CD, kompakt jest wciąż przepustką do świata koncertów. Trzeba było się zastanowić, co nowego zaproponować.
- Mam notes zapełniony kompozycjami, ale od czasu "Nieba" wszystkie moje płyty były autorskie. Dlatego przyszło mi na myśl, że dużo ciekawsze będzie odwołanie się do tego, co znalazłam u innych. To też jest sposób na odkrywanie siebie.
Punktem wyjścia do nagrania płyty "Haiku" stało się spotkanie z japońskim pianistą Makoto Ozone.
Ania poznała Japonię inną od tej, jaką pokazała nam Sophia Coppola w filmie "Między słowami" - krzykliwej, kiczowatej, przemysłowej ojczyzny karaoke. Jej japońska historia od początku ma delikatną narrację. A zaczęła się od pięknego wachlarza i porcelanowej lalki - pamiątek przywiezionych przez rodziców z tournee "Mazowsza".
- Może idealizuję Japonię, ale poznałam kraj ludzi pełnych szacunku dla siebie - kraj ciszy, najmniej hałaśliwe miejsce na świecie, gdzie każdy dba o to, by nie ranić drugiej osoby zbędnym decybelem.
Na własne oczy widziała jak pan w budce na targu warzywnym słucha Debussy'ego. W Europie to się już nie zdarza! W japońskim ekspresie wszyscy mają wyłączone telefony. Na ulicy nikt nikogo nie potrąca. W salach koncertowych personel skupiony jest na tym, żeby pomóc artystom. W tokijskim Blue Note - w przeciwieństwie do nowojorskiego, nie serwuje się jedzenia i drinków podczas koncertu, a kiedy muzycy schodzą ze sceny, obsługa im się kłania, podając ręczniczki zwilżone ciepłą wodą do przetarcia czoła i dłoni. Na każdym kroku widać sztukę koncentracji - buddyzm, zen.
- Oni są zawsze "tu i teraz". Nawet w sklepie spożywczym, gdy sprzedawczyni wydaje resztę - patrzy w oczy i gdybyś wrócił po 20 minutach, będzie pamiętać ile dostałeś pieniędzy, bo jest całkowicie skupiona na tym, co robi. Japońska etyka praca jest zdumiewającą.
Japończycy mają też większe niż Europejczycy oczekiwania od sztuki. Nie przez przypadek Krystian Zimmerman lubi pomieszkiwać w Japonii. Każdy artysta czuję się tam szczęśliwy, doceniony.
Kiedy Ania występowała z Makoto w Operze Tokijskiej, po koncercie przyszedł do niej japoński pianista XXX uczeń Piotra Palecznego.
- Przyszedł i powiedział pięknie po polsku: "Dziś w tej sali była Polska". To wspaniale, że Japończycy odbierają nas przez Chopina, który jest dla nich synonimem doskonałości. Dlatego zawsze bawi mnie, jak ktoś chce przypisać mu francuskość. Przecież Chopin to w 100 procent polska muzyka - mazurki, oberki, kujawiaki. Bardzo trafiają w nostalgiczną japońską duszę. Tak jak klasyczna precyzja i piękno formalne chopinowskiej tradycji.
Japoński oberek
U prapoczątku albumu "Haiku" był właśnie Chopin, od którego zaczynały się improwizacje Makoto. Ania uznała, że warto złożyć mu muzyczną rewizytę - zagłębić się w repertuarze japońskim. On, skupiony od lat na europejskiej klasyce i jazzie, nie czuł się jednak ekspertem od sztuki swojego kraju. Aby osiągnąć takie mistrzostwo, trzeba być związanym na stałe z jedną z jej dziedzin - być w cechu, który przekazuje tradycje z pokolenia na pokolenia.
- Trzeba było znaleźć kogoś, kto zgodziłby się przejść na naszą stronę. Na szczęście żona Makoto jest aktorką. Poleciła nas swojemu znajomemu, Tomohiro Fukuhara, który gra w teatrze kabuki na tradycyjnych fletach bambusowych. Polecieliśmy do niego na wyspę Kiusiu, w góry. I już podczas pierwszej próby zachwyciła mnie notacja japońskiej muzyki. Każda fraza jest odwzorowaniem zdania - mowy, bo muzyka przywołuje podania i legendy.
Makoto studiował przez wiele godzin z Tomohiro jedną z nich, żeby wychodząc od tradycji stworzyć nową muzyczną rzeczywistość. Na przykład kompozycja "Do Jo Ji" opowiada o mnichu jednego z klasztorów Wakayama - Anjin, bracie cesarza Suzyaku, który poznał córkę ziemianina. Gdy odrzuca jej uczucie - młoda kobieta, postanawia się zemścić. W postaci węża wślizguje się do klasztoru i pali dzwon, w którym ukrył się przed nią pożądany mężczyzna. Kiedy mnisi ufundowali nowy - wydał z siebie jęk cierpienia.
W czasie ponadkulturowych spotkań, Ania nie ma komunikacyjnych problemów. Na spotkanie z artystami reprezentującymi inne kultury - przychodzi ze swoją muzyką.

- Rozłożyłam na pulpicie nuty "Cyraneczki" i okazało się, że Tomohiro wiruje w oberku jak my wszyscy. Mało kto, gra z takim przytupem jak artyści kabuki. Do muzyki dodaliśmy tylko ukłony i głębokie spojrzenia w oczy.
Do nagrania płyty doszło w nieoczekiwany sposób. Ania była z japońskimi muzykami na koncertach w Polsce. Na krakowskim wieczorze pojawił się mąż wokalistki, Marcin Kydryński, który uznał, że tę nową polsko-japońską jakość trzeba zarejestrować. Wydawało się to pobożnym życzeniem, bo zespół miał tylko jeden dzień wolny, zaś dwa studia, w których można było nagrać płytę o audiofilskiej jakości, zostały wynajęte. Jedno z nich odstąpił Sławomir Jaskułke. Bez niego nie było "Haiku". Albumu nagranego w jeden dzień.
"Polanna"
Ostatnie lata sprawiły, że model polskości i nasza tradycja stały się przedmiotem ostrego sporu oraz traktowanych stereotypowo identyfikacji. Bywa, że jedni chcą mieć monopol na historię, inni zaś infantylnie ją wyśmiewają. Brakuje środka.
Tym większe zaskoczenie wywołuje repertuar "Polanny". Proszę sobie wyobrazić, że Anna Maria Jopek śpiewa "Kiedy ranne wstają zorze", pieśń od której nasi dziadkowie zaczynali każdy dzień w szkole. W opisie płyty, Franciszka Karpińskiego - autora słów, Marcin Kydryński przedstawia jako "Pana Przyborę epoki stanisławowskiej". Obcujemy też z nadwornym kompozytorem Zygmunta Augusta - Wacławem z Szamotuł.
- A czy ktoś wie, że był geniuszem? Awangardzistą? Studiowałam jego muzykę również w aspekcie tego, co się działo w jego czasach w Europie i potrafię odnaleźć w niej polską duszę: zauważyć odmienność, choćby na tle włoskiego renesansu. To fascynujące jak Wacław prowadził równolegle cztery głosy w trzech kompletnie innych podziałach metrycznych. Boję się, że dziś mało kto to docenia, bo Polakom brakuje wiedzy.
Leonard Bernstein miał w Carnegie Hall znakomite wykłady o muzyce transmitowane przez telewizję. Teraz zastąpił go Wynton Marsalis.
- Nam też by się coś takiego przydało. Może by ktoś pomógł cioci Jadzi w naszej Filharmonii Narodowej?!
"Polanna" przypomina również Stanisława Moniuszkę, Mieczysława Karłowicza, a także pieśni "Dziś do ciebie przyjść nie mogę", "Czerwone maki na Monte Casino" oraz harcerskie "Płonie ognisko i szumią knieje". Wokalistce zależało, żeby zaaranżował je ktoś z Polski, kto ma podobną rodzinną historię jak ona. Zadania podjął się Krzysztof Herdzin.
- Nasze mamy siedziały w jednej ławce w szkole baletowej w Gdańsku. Wiedzą jak zatańczyć mazura. My to też mamy genach. To istotne dla zrozumienia polskości muzyki.
Ania przyznaje, że płyta realizuje działalność misyjną. Dzięki nim dwudziestolatkowie poznają kompozycje, o których nie słyszeli, zaś z komentarzy Marcina dowiedzą się, kiedy i w jakich okolicznościach powstały.
- Jednak najbardziej interesowało mnie w tych pieśniach ich piękno. Chcieliśmy pokazać te tematy w języku uniwersalnym. Kubańczyk Gonzalo Rubalcabo ma doświadczeniem komunistycznego reżimu; producent i aranżer połowy płyty Gil Goldstein, nowojorski Żyd o rosyjskich korzeniach, pewnie dobrze rozumie moją słowiańską duszę. Ale urzekło ich i wzruszyło właśnie obiektywne piękno utworów. Wszyscy ci, którzy nad nim pracowali - byli zachwyceni. Odbiorcy na świecie też będą brali pod uwagę wyłącznie wartość artystyczną. Nie chcę zasklepiać się w tradycji. To punkt wyjścia do myślenia o przyszłości.
Żartuję, że dwudziestolatkowie, którzy nie znają historii pieśni "Dziś do Ciebie przyjść nie mogę", związanej z historią wołyńskiej 27 dywizji Armii Krajowej, odbiorą ją dziś jak współczesną opowieść o Polakach rozsianych przez globalne koncerny po Europie, spotykających się tylko w weekend. Zastanawiamy się jak dotrzeć do naszych dzieci z muzyczną tradycją.
- Moje na szczęście nie odrzucają tradycji, ale uczą się w szkołach artystycznych, gdzie jest obecna poprzez muzykę. Mam nadzieję, że historię zrozumieją i docenią: zechcą być jej częścią. Wierzę w ciągłość tradycji. Brak tożsamości to jest tragedia. Trzeba wiedzieć skąd się jest i w jakim się żyje świecie.
Portugalski azyl
Na deser otrzymaliśmy, nomen omen, "Sobremesa" - płytę polsko-portugalską. Z Anna Marią Jopek zaśpiewali m. in. Sara Tavares, Camane, Ivan Lins, Beto Betuk, Paulo de Carvalho, Tito Paris i Yami.
Album ma swoją bogatą historię. Anna tłumaczy, że uważa się za entuzjastkę wszystkich szalonych pomysłów, ale ten z zamieszkaniem w Lizbonie wydał się kompletnie abstrakcyjnym. Jak się okazało - bliższym rzeczywistości niż przeprowadzka do Afryki, o czym marzył Marcin Kydryński.
- Całe nasze wspólne życie opowiadał mi nieustająco, że powinien prowadzić safari.
Pewnego dnia poleciał do Kenii i zadzwonił do Ani z wyspy Lamu, przekonując, że znalazł cudowne miejsce do życia: żebym natychmiast przyjeżdżała.
- Pofatygowałam się, a ostatnia faza lotu - mnie bojącej się latać, przypadła na mały trzęsący się samolot w dziurą w suficie, z wszystkimi możliwymi zwierzętami domowymi na pokładzie. Lamu było rzeczywiście zachwycające, ale wyczułam tam muzułmański radykalizm, całkiem zrozumiały, bo będący odpowiedzią na działalność białego człowieka. Nie ma na Lamu wielkiej sprawiedliwości i nie mogłabym przymknąć na to oczu. Dlatego powiedziałam Marcinowi, że nie czułabym się tam dobrze.
Wtedy przydarzyło się parze spotkanie z Beto Betukiem, kompozytorem z Lizbony, który przyleciał do Polski w listopadzie... w samej koszuli. Zaczął opowiadać o swoim mieście, cudownym choćby dlatego, że cieplejszym od Warszawy.
- Marcin zapalał się do wyjazdu coraz bardziej. Dziwiłam się tylko, że moje wcześniejsze opowieści nie zrobiły na nim tak dużego wrażenia! - żartuje wokalistka. - A byłam przecież w Lizbonie wcześniej od Marcina. Otwierałam stadionowy koncert Jamie Culluma.
W zabieganej Europie Lizbona jest stolicą wyjątkową. Życie jest tam spowolnione. Wieczorem w Alfamie wszyscy wystawiają stoły przed domy. Biesiaduje sąsiad z sąsiadem.
- Gdyby następnego dnia mieli ciężką robotę od ósmej rano, pewnie by w noc późną nie siedzieli. Ale mają malownicze życie. Są wielkiej poczciwości. W tym zresztą dopatrują upadku swojej kolonialnej przeszłości - nikogo im się do końca nie udało skolonizować, bo natychmiast asymilowali się z lokalną ludnością. Nawet w tym dramacie są ujmująco piękni. Szanują się. Przypominają w tym Japończyków. Jak kogoś dopadnie w Polsce deszczowy listopad albo upiornie zimny luty, Portugalia jest wymarzonym azylem.

Tuńczyk zamiast śledzia
W kwestii muzyki też nie może być cudowniejszego miejsca, bo w Lizbonie spotkała się Europa, Afryka, Ameryka Łacińska i zamieszkały pod jednym dachem. Ania i Marcin doświadczają tego akurat przez podłogę. Kupili bowiem mieszkanie na jedną z kultowych restauracji fado.
- Jak nie zamknę okien - to mam śpiewane w domu.
Teraz, gdy jest już bezpośrednie połączenie Warszawy z Lizboną, wystarczy wsiąść w samolot rano i po 3,5 godzinach lotu można wspinać się stromymi uliczkami Alfamy. Na razie nie bywa tam zbyt zcęsto. Koncertując wiele, nie chce mieć poczucia winy wobec dzieci.
- Z tym bym sobie nie poradziła. Korzystam tylko z najważniejszych zaproszeń, bo zależy mi na prawdziwym rodzinnym życiu. Sprzątam i gonię synów do lekcji. Jestem w tym coraz lepsza. To jest moja resocjalizacja, która pomaga nie zwariować z powodu wielości wspaniałych rzeczy, które mnie spotykają z tytułu tak zwanej kariery. Muszę mieć kotwicę - wracać do swojego żoliborskiego domu. Patrzeć na żoliborską jabłonkę, obserwować jak zmieniają się jej kolory, a przede wszystkim zaglądać w oczy moich dzieci.
One najbardziej uczą dystansu do sławy.
- Kiedy zbiłam jajo i zbierałem je z podłogi, Franek krzyknął, że leci po kamerę nagrać film dla YouTube o tym jak Anna Maria Jopek radzi sobie w kuchni!
Synowie nie słuchają płyt stworzonych przez rodziców. Wolą zdecydowanie ostrzejszą muzę - Rammstein i Sabaton.
- Pan w Empiku był zdziwiony, kiedy kupowałam bilety na koncerty tych grup.
Przed nią również koncerty. Listopadowe "Sobremesa Tour" po Polsce i grudniowych osiem występów w tokijskim Blue Note.
- Rodzina wypuszcza mnie w święta z domu pierwszy raz. Zamiast śledzia będzie tuńczyk toro. Chcę zobaczyć jak to jest. A gdy, w styczniu ukaże się japońska edycja "Haiku", wyruszymy z Mokoto w trasę po Japonii. Co dalej? Jeszcze nie mogę powiedzieć. Ale na pewno będę się wiercić, będę się kręcić!
Jacek Cieślak
|
|
|
|