Bosa i nienasycona
Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny marzec należy niepodzielnie do Anny Marii Jopek. W tym miesiącu ukazują się aż dwie płyty artystki. Pierwsza nosi tytuł "Barefoot", jest nieco zmienioną, zorientowaną na międzynarodowy rynek wersją albumu "Bosa" i znajdzie się w sklepach płytowych wszystkich kontynentów, oprócz Australii i Antarktydy. Druga, zatytułowana "Nienasycenie", zawira 11 premierowych piosenek. Lekkich, łatwych i przyjemnych w najlepszym tych słów znaczeniu, bo w twórczości naszej czołowej jazzującej wokalistki, jak zwykle, na kicz i banał miejsca nie ma.
Paweł Grząbka: Być może jesteśmy światkami narodzin nowej gwiazdy jazzu światowego formatu. Wydanie płyty za granicą to jak rzucenie swojego dziecka na głębokie wody..
Anna Maria Jopek: Wody są bardzo głęboki. Trochę się boję, że mnie pochłoną, ale z drugiej strony sam fakt, że coś takiego przydarza się w moim życiu jest czymś niezwykłym. Jestem jednak realistką. Prawda jest taka, że nagrano już lata świetlne muzyki, jest na świecie tyle fenomenalnych nagrań. Mam pełną świadomość, że pchać się tam teraz, w dodatku po polsku i jeszcze z czymś tak elitarnym, jak album "Barefoot" jest aktem dużej odwagi. Na szczęście nie ja sprowokowałam tę sytuację. Propozycja wydania "Bosej" za granicą przyszła z Londynu, z centrali koncernu fonograficznego Universalu. Jestem więc o tyle spokojniejsza, że nie ponoszę za to całkowitej odpowiedzialności, tylko dzielę ją z samymi pomysłodawcami.
Całe wydarzenie jest tym bardziej miłe, ze nikt specjalnie o to nie zabiegał. Po prostu od czasu do czasu wysyła się nasze płyty do centrali firmy, bo oni czasami lubią wiedzieć, co się u nas dzieje. Widocznie akurat tego dnia, kiedy dotarła tam "Bosa", jakiś ważny szef miał lepszy humor, sięgnął po tę płytę, posłuchał i wpadł na pomysł, żeby przedstawić ją międzynarodowej publiczności.
P.G.: Na "Barefoot" śpiewa Pani w języku zupełnie obcym dla świata - po polsku. Dlaczego?
A.M.J.: Myślę, że nie było sensu stawać w jednej linii z setkami tysięcy osób, które na całym świecie śpiewają jazz po angielsku. Zresztą zabawne jest, że szefowie Universalu z Londynu sami uznali nasz język za bardzo intrygujący. Mówili, że nie rozumieją ani słowa, ale piosenki brzmią niesamowicie. Najwyraźniej polska mowa musi mieć ciekawą barwę dla kogoś, kto nie ma z nią żadnego kontaktu. Jako muzyk mogę sobie to wyobrazić, bo całe życie słuchałam pieśni Schuberta, nie rozumiejąc ani słowa, albo śpiewałam w szkolnym chórze dzieła Bacha po łacinie. Nigdy mi to nie przeszkadzało, bo uważam, że głos ludzki niekoniecznie musi nieść za sobą czysto słowny komunikat.
P.G.: Czy zgadza się Pani z tezą, że im bardziej muzyka jest abstrakcyjna, tym bliżej jej do ideału?
A.M.J.: Chciałabym, żeby jednak jakiś komunikat był, ale na pewno nie zależy mi na konkretnym przesłaniu, bo to mogłoby być zbyt jednostronne. Dobrze jest, jeżeli ten komunikat jest wielobarwny i każdy może go odebrać na swój sposób. Myślę, że wszyscy dążymy gdzieś podskórnie do wolności, do tego, żeby świat móc interpretować na swój własny , nie podobny do niczyjego sposób.
P.G.: Po premierze albumu "Barefoot" 25 marca ukaże się Pani kolejna nowa płyta - "Nienasycenie". Powstała w dość nietypowych, bardzo domowych warunkach.
A.M.J.: Było studio normalne i byłe też nienormalne. Jednym z producentów albumu "Nienasycenie" jest Paweł "Bzim" Zarecki, niezwykle zdolna osoba, mająca kapitalne pomysły brzmieniowe, ogromną umiejętność nagrywania i przeważania muzyki za pomocą elektroni8ki. Dużą część materiału robiliśmy u niego w domu. Paweł jest kawalerem, w związku z tym całe jego życie domowe jest podporządkowane tylko sprawom muzyki. Nieustająco waletuje u niego połowa braci muzycznej z całego kraju. Każdy z tych waletów nie mógł się oprzeć, żeby nie wystąpić na mojej płycie bez mojej wiedzy. Kiedy w środku nocy kończyłam pracę i biegłam do domu do moich chłopców, nazajutrz okazywało się, że ktoś z powodu kłopotów z zaśnięciem zagrał na mojej płycie na butelkach. Napełniali butelki jakimiś płynami, dzięki czemu każda z nich stroiła na inny dźwięk. w ten sposób na przykład taki Pedro Nazarow, jeden z waletujących u "Bzima", nagrał mi zupełnie niespodziewanie owe butelki, flety, jakieś chórki. Były to jednak urocze prezenty.

P.G.: Czy "Nienasycenie" zapoczątkowało Pani fascynacje elektroniką w muzyce?
A.M.J.: Marzy mi się żeby umieć używać tej technologii samodzielnie. To daje możliwość wyżycia się naszej wyobraźni, pozwala być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Oczywiście nic nie zastąpi żywego grania, prawdziwych muzyków, szczególnie, ze pracuję z najlepszymi, przy których żadne maszyny nie mają szans. Jednak taka technologia jest stosowana przy większości dużych światowych produkcji. Nawet specjalnie się o tym nie mówi, bo może nikt nie podchodziłby z takim pietyzmem do nagrań Celine Dion, gdyby wiedział, że powstały w jej pokoju i nagrywała je wtedy, kiedy czuła, że ma zwyżkową formę i ochot e do pracy.
P.G.: "Nienasycenie" zrywa z tradycją "albumów z konceptem" i jest zbiorem różnorodnych, nie powiązanych ze sobą piosenek. Skąd taka zmiana?
A.M.J.: "Szeptem", "Dzisiaj z Betleyem" i "Bosa' były takimi płytami z myślą przewodnią. Na "Nienasyceniu" nie ma takiej wspólnej historii. Nie kręcimy się wokół spraw na przykład nieszczęśliwej miłości czy blisko ludowości. Bardzo chciałam , żeby był to zbiór różnych piosenek. Psychicznie potrzebowałam takiej formuły - w gruncie rzeczy lekkiej, łatwej i przyjemnej. Chociaż ludzie, którzy oczekują tego, czego na ogół oczekuje się od piosenek, mogą być trochę zdziwieni. I być może powiedzą: pani kochana, co to za piosenki?! (śmiech)
P.G.: Czy w tekstach też zaszły jakieś zmiany?
A.M.J.: Na "Bosej" było trochę tekstów ludowych, które słowa mają proste, ale wymowę głębszą. Była też Osiecka i Kreczmar. Na "Nienasyceniu" są teksty zdecydowanie lżejszego kalibru. wydaje mi się, że na teraz, na okres takiego ogólnego umęczenia w życiu na prawo i lewo, nie mogłabym nagrać kolejnej płyty, na której improwizacje trwałyby po 8 minut. Sama chciałam trochę odetchnąć. Może ta płyta wyda się niektórym mniej ambitna , ale ona jest po prostu zupełnie inna. "Nienasycenie" odnosi się do mojego podejścia do muzyki. Mam świadomość, że kiedy odsapnę po tym albumie, natychmiast zacznie mi się po głowie kołatać jakaś nowa produkcja i będę chciała nagrywać kolejną płytę. I oby było tak jak najdłużej.

P.G.: Nie dzieli Pani muzyki i w każdym gatunku potrafi dostrzec coś interesującego i wartościowego. Czy takie podejście ułatwia pracę artyście?
A.M.J.: Myślę, że takie podejście powoduje, że żyje się ciekawiej, więcej się słyszy, więcej ogląda. Jeżeli tylko kryterium jest uczciwość i prawda, to można sięgać po bardzo różną muzykę. Ostatnio przyjęłam zaproszenie od zespołu Sweet Noise. Uwielbiam ich i uważam, że w swoim gatunku są fantastyczni. Robią coś tak prawdziwego, a ich muzyka niesie w sobie wielką ekspresję, choć oczywiście całkiem inną od mojej. Oni chcą rewolucjonizować świat, zburzyć wszystkie mury i wszystko poprawić od nowa. Ja, jako osoba z natury delikatna i słaba, myślę, że jeżeli mogę choć odrobinę ulżyć ludziom w rozmaitych sprawach codzienności, to już będzie mi bardzo miło. Nie chcę wszystkiego burzyć i stawiać od nowa. Ale ważna jest otwartość, a dobrą muzykę, niezależnie od tego jak jest sklasyfikowana i jak oceniają ją inni, można znaleźć wszędzie.
P.G.: Właśnie mija pół roku od tragicznych wydarzeń z 11. września 2001. Dla Pani miał to być wspaniały wieczór spędzony ze Stingiem w jego posiadłości w II Palagio.
A.M.J.: Właśnie przez to, że świat spotkała taka tragedia, to ja z tego wieczoru już nic nie pamiętam. Moja głowa zaprogramowała się, aby wszystko wykreślić z pamięci, żeby broń Boże w sobie tego nienosić, bo można by było zwariować. Przetrwałam ten wieczór tylko dzięki temu, że Sting zdecydował się zagrać koncert. Inaczej nie wiem, co bym zrobiła. To było dla mnie przerażające. Raptem cała moja wiara w człowieka i poczucie bezpieczeństwa, iluzorycznie dłubane każdego dnia, po prostu runęły w gruzach razem z World Trade Center. Pojawiła się niepewność, czy w ogóle będziemy mogli dalej żyć i czy nikt nas nie wysadzi w powietrze. W tym dniu znalazłam się na wprost Stniga i była to chwila, na którą czekałam wiele lat, ale zdarzyła się akurat w takim momencie, że bardzo chciałam, żeby nigdy się nie stała. Następnego dnia miałam umówione spotkanie w cztery oczy ze Stingiem, ale odwołał wszystko, co było do odwołania na przestrzeni kilku tygodni.
|
|
|