Rzeczpospolita 09.12.2002 Rozmowę z
Anną Marią Jopek przeprowadził Jacek Cieślak
Muzyczna iluminacja
Rz: Pat Metheny przyjechał do warszawskiego studia
specjalnie dla pani i pracował 18 godzin na dobę. Jak
pani odbiera podobne sytuacje, to chyba wielki
komplement?
ANNA MARIA JOPEK: - Nie przypuszczałam, że taki
będzie jego tryb pracy. Naiwnie sądziłam, że geniusze są
bardziej ludzcy dla samych siebie. Jeśli talent to
przysłowiowa przepustka do pracy, to geniusz obliguje do
tyrania. Czy Pat przyleciał dla mnie... To brzmi
wspaniale, ale wprowadza wątek "ego", którego w tych
sesjach nagraniowych nie było. Pat przyjechał dla
muzyki. Można myśleć, że dla kariery, przygody,
pieniędzy - ale to nieprawda. Każdy, kto go słuchał i
kto choć chwilkę z nim przebywał, wie, że Pat robi
wszystko dla muzyki!
Czy mówił, dlaczego nagrywał właśnie z
panią?
Proszę zapytać o to Pata. Ja nie potrzebowałam
słownych deklaracji, fakt, że można spotkać kogoś tak
niezwykłego i razem nagrać muzykę, jest dowodem zaufania
Pata do Marcina Kydryńskiego, Henryka Miśkiewicza,
Leszka Możdżera, Darka Oleszkiewicza, Czarka Konrada,
Tadeusza Mleczkowskiego i wielu, wielu osób, które
oddały swoje serce i czas projektowi. Wierzę, że
decydująca okazała się nasza słowiańska aura. Inaczej
myślimy, czujemy, pracujemy. A polska muzyka ludowa to
kopalnia inspiracji. Na szczęście nie wychowałam się w
kompleksie polskości. Jako dziecko nuciłam tylko
piosenki ludowe i zbierałam cekiny osypujące się z
kostiumów Mazowsza, w którym tańczyła mama. Tata śpiewa
w nim do dziś. Odkąd pamiętam, Mazowsze jeździło po
świecie i porywało wykonując polskie piosenki. Ludzie
kochają rzeczy prawdziwe. Pat Metheny zachwycił się tym,
że szczerze gramy naszą muzykę. Nigdy nie dyskutowaliśmy
np. o języku, w jakim mam śpiewać jego tematy. Wybór
polskiego był oczywisty - w nim się wyrażam, to jest
kolor mojego głosu, naturalny, organiczny. Teraz może
więcej osób uwierzy, że by porozumiewać się ze światem,
nie musimy być bardziej amerykańscy niż Amerykanie. Na
płytach Pata słychać echa muzyki z tysiąca miejsc, tętno
ziemi. Mam pewność, że gdybym nie była Polką, ten album
by nie powstał.
A co z głosem, który wyraża słowiańskie uczucia i
emocje?
Pat wychował się w domu trębaczy. Kantylena,
umiejętność frazowania legato, intonacja... - potrafi
docenić i ocenić sztukę śpiewu.
Dostaje płyty wielu wokalistów, a jednak wybrał
panią.
Może emanuje ze mnie rzetelność instrumentalisty? Z
zawodu jestem pianistką, a to oznacza, że musiałam
nauczyć się pokory, cierpliwości. Pamiętam, jak
przedstawiał mnie basiście Pat Metheny Group, Steve'owi
Rodby'emu: "Oto Anna, znana polska wokalistka, która
studiowała pianistykę! ". Rozbawił mnie stanowczy ton
Pata nakazujący: "Traktuj ją serio! ". To mi
uświadomiło, że w Ameryce wokalistki muszą być zmorą
muzyków. Wierzę, że Pat nie bał się pracy ze mną właśnie
ze względu na to, że emanuje ze mnie rzetelność
instrumentalisty.
To mało emocjonujące!
Ale i mało ryzykowne.
Przecież kiedy gra się razem, najważniejsze jest
porozumienie, które można wyczytać ze spojrzeń. Co
mówiły oczy Pata Metheny'ego?
Dzieliły nas kabiny nagraniowe i las kabli. Ale nawet
gdy ćwiczyliśmy twarzą w twarz, Pat zawsze zamykał oczy.
Obraz rozprasza muzykę. To tłumaczy, dlaczego tak rzadko
godzi się na wydawanie swoich koncertów na DVD i VHS.
Kiedy gra się razem, ważniejszy jest inny, bardziej
niezwykły rodzaj porozumienia, gdy wszyscy czekamy w
ciszy na chwilę, kiedy ruszy taśma. Słychać wtedy tylko
oddech i głośne bicie serca.
I nie liczą się inne względy, towarzyskie,
międzyludzkie?
Z mojego punktu widzenia muzyka jest najwyższą formą
komunikacji. Jak mówi Pat, porozumienie pozawerbalne
jest wyższym stopniem w ewolucji człowieka, dużo
bardziej istotnym niż to, co potrafimy ująć w słowa.
Wiedząc o muzyce Pata tak wiele, nie muszę znać tysiąca
szczegółów z jego życia. Trzeba umieć słuchać, to
oznacza wzajemną ciekawość siebie, ale i szacunek.
Oczywiście zdarzały się sytuacje, gdy mówiliśmy
"świetnie, świetnie", ale i takie, w których
wiedzieliśmy, że trzeba szukać nowych rozwiązań.
Fantastyczne było to, że nie czułam się wtedy źle. Pat
sięgał wyżej, a my chcieliśmy wspinać się razem z nim.
Czasami wystarczyło zagrać inaczej mały fragment,
starczyło jedno trącenie struny, żeby nagranie miało
więcej autentyzmu, życia.
Czy wasza płyta jest owocem długich negocjacji
Warnera Polska, czy raczej wynikiem spotkania na
festiwalu w Norwegii, kiedy Metheny dostał pani
płyty?
To, że spotkaliśmy się na festiwalu w Molde i
promieniowaliśmy dobrą energią wśród chłodnych
norweskich fiordów, jest nie bez znaczenia. Pat dostał
wtedy moje nagrania - "Barefoot" i niepublikowane utwory
wokale acapella.
Pamięta pani moment, gdy dowiedziała się o
wspólnej sesji?
W chwilę potem przyszła wiadomość, że Pat nie
przyjedzie, bo nie udało nam się załatwić studia. To
było w moje imieniny. Przepłakałam je. Ale Metheny
powiedział, że jeżeli mamy w kraju jedno studio i na
dodatek zajęte, to poczekamy i nagramy album później.
Drugie podejście odbyło się w październiku. Niezwykłym
kolegą okazał się Janusz Strobel, który miał w tym
czasie zabukowane sesje, ale zwolnił nam miejsce. Inni
koledzy nie byli tak łaskawi.
Jak planowaliście album?
Pół płyty to tematy Pata, wybrane spośród ulubionych
Marcina i moich, bardzo starannie, bo rozpiętość skali w
utworach Pata sięga często dwóch oktaw, a takie "skoki"
w melodii powodują, że nie wszystko da się zaadaptować
na piosenkę. Druga połowa płyty to kompozycje premierowe
- moje, Marcina plus tytułowe "Upojenie", które
napisałam kiedyś do wiersza Grochowiaka, dla i za sprawą
Michała Żebrowskiego, na jego album "Lubię, kiedy
kobieta". Płytę otwiera pieśń modlitwa "Cichy zapada
zmrok", którą śpiewałam na obozach i pielgrzymkach, a
zamyka zagrany na gitarze sopranowej w duecie z basem
temat Andrzeja Kurylewicza "Polskie drogi".
Płyta ukaże się tylko na polskim rynku, czy nie ma
szans na międzynarodową premierę?
O tym wie tylko kilka bardzo ważnych osób w firmach
płytowych i menedżerskich. Dla mnie liczy się to, że
kiedyś będę mogła pochwalić się tą płytą przed moimi
wnukami.
A nie byłoby lepiej, żeby Metheny chwalił się
przed swoimi?
Wnuki Pata będą miały wiele, wiele do słuchania. On
nagrał kilkadziesiąt albumów. Co drugi nagrodzony
Grammy.
Nie obawia się pani, że tak jak Bregović uczynił z
Kayah konia trojańskiego, by zdobyć popularność w
Polsce, podobnie będzie z Patem i album nigdy nie ukaże
się poza Polską?
Podobno fani Pata z Korei ściągnęli ze stron
internetowych mp3 naszego singla "Tam, gdzie nie sięga
wzrok" z zapowiedzią polskiego lektora. Ta płyta dotrze
tam, gdzie ma dotrzeć, a jeśli pyta pan o finanse - to,
co zarobi Pat w Polsce, mógłby mieć w dwa dni wszędzie
indziej. Wartości tego, że pracował z nami po 18 godzin
w studio, nie da się wyliczyć w żadnej walucie. Dla mnie
wszystko, co teraz zrobię, będzie nosiło ślad tego
spotkania. Jakbym była u dalajlamy i doznała
iluminacji.
Na jakie muzyczne spotkania czeka pani
teraz?
Na spotkanie z własną muzyką. Wiem, że marzy pan, bym
powiedziała o nadziei na nagranie ze Stingiem, ale dziś
nie powiem nic takiego, bo czuję bezgraniczne upojenie
muzyką, charyzmą, geniuszem Pata i w tym stanie powinnam
pisać, grać, pracować. Nad sobą!
|