Byłam u Stinga 11 września.
ANNA MARIA JOPEK
W liceum muzycznym, do którego chodziłam, każdy miał swoją szafkę. Trzymało się w niej nuty, instrumenty, książki. W mojej wisiał plakat z twarzą Stinga. Kiedy nerwowo sięgałam do szafki,po nuty kolejnej nie wyćwiczonej fugi Bacha, napotykałam na mądre, rozgrzeszające spojrzenie mojego idola.
W 1996 żeby zobaczyć go z bliska, na koncert na warszawskiej Gwardii, wyszłam już w południe. Bramy otworzyli o 15-stej. Leżałam sobie na trawie pod sceną i czekałam. Ależ to było fantastyczne tak leżeć i czekać na muzykę Stinga i czekać w ogóle...Na dorosłość, niezależność, miłość...
Potem był koncert w Spodku w 97, na który zabrał mnie pewien Stingolog... Pracowałam wtedy w reklamie i bardzo chciałam śpiewać. Stingolog został moim mężem rok później, za to jeszcze w tym samym roku podpisałam kontrakt z wytwórnią dla której nagrywa mój idol i wydałam pierwszy album.
W 2000 to ja otworzyłam kolejny katowicki koncert Stinga, promujący "Brand New Day". Udostępniono nam mikrofony i cały kosmiczny sprzęt artysty. To było niezapomniane przeżycie. W dodatku Sting nas słuchał! Potem zaprosił mnie do swojej garderoby i popatrzył na mnie tymi mądrymi, szarymi oczami, które patrzyły na mnie latami z szafki w liceum. Od tamtego spojrzenia dzieliły mnie wieki, powinnam być dorosła, w końcu byłam już matką! A jednak wciąż czułam się tamtą niepewną dziewczynką. Moja bezbronność musiała być wyraźna, bo po chwili Sting wyciągnął do mnie ręce i przytulił, jak małe dziecko.
Wakacje 2001 spędzaliśmy w małej, drewnianej chatce, w lesie. Staś, mój drugi synek miał już pół roku i w ogóle nie ciągnęło mnie do powakacyjnego powrotu do showbiznesu. I wtedy dowiedzieliśmy się o tym, że jesteśmy zaproszeni do Stinga do jego toskańskiej posiadłości. Zupełnie nie umiałam sobie tego wyobrazić. Ja-Ania z Żoliborza pojadę z Mężem Stingologiem, do Florencji, na koncert-nagranie w prywatnym domu artysty. Najpierw miała być uczta, dla dwustu takich szczęśliwców jak my (z całego świata),a potem nagranie koncertu na płytę i DVD. I my tam mieliśmy byc! Nikt nie chciał mi wierzyć(oczywiście pochwaliłam się kilku koleżankom) a ci którzy uwierzyli zaczęli traktować mnie poważnie, jak prezydentową. Koncert: On such a night w domu Stinga, pod Florencją zaplanowano na 11-go września 2001.
11-go września wieczór był chłodny. Staliśmy na wzgórzu, pod żółtym palazzo naszego mistrza. Świat się walił, widzieliśmy to we włoskiej telewizji parę minut przed wyjściem z hotelu. Agresja na Stany Zjednoczone dotyczyła nas bezpośrednio, dotyczyła bezpośrednio całej ludzkości. Nie mogliśmy jeść ani pić, choć podano najlepsze wędliny, owoce, wina (większość pochodziła z włości stingowych), nie mogliśmy się pozbierać. Kolację podano w ogromnej suszarni plonów, zastawionej drewnianymi stołami i ławami. Na dziedzińcu żółtej willi ustawiono podest. Przed nim rzędy krzeseł, kanapy. W oknach suszyły się ręczniki, o których albo zapomniano albo miały podkreślać domową atmosferę koncertu. Na scenie żywy drewniany fortepian, kontrabas, wiolonczela-prawdziwe, akustyczne.
Sting pojawił się o 21.Punktualnie,bo koncert miał być transmitowany przez internet na cały świat.
Powiedział, że jest wściekły, przerażony, zrozpaczony. Potem zaśpiewał Fragile. Siedziałam tuż przed nim, w pierwszym rzędzie. Znów patrzyły na mnie szare oczy i łykałam łzy wielkości grochu. Tego wieczoru usłyszałam Fragile na nowo, bo nigdy dotąd, za mojej pamięci, nie byliśmy tak krusi, delikatni, zniszczalni. Po tej piosence zapadła głęboka cisza. Podziękowano internetowej transmisji. Dalej Sting grał tylko dla nas. Chemia tego spotkania była zadziwiająca. Wybór piosenek wyznaczyły okoliczności, a był to set najpiękniejszych i najmądrzejszych piosenek Stinga. Kameralnie, prawie bez wsparcia sił techniki, kabli, mikrofonów. Właściwie nie były potrzebne. Siedzieliśmy tak blisko, że słyszeliśmy oddechy muzyków. To mógł być najpiękniejszy koncert jaki kiedykolwiek przeżyłam, gdyby nie podskórny, potworny lęk przed wojną, terrorem, szaleńcami, dla których życie ludzkie nie ma żadnej wartości. Nie chcę nawet myśleć o tym, co by było, gdyby ten koncert został nam odebrany. Gdyby Sting go odwołał, tak jak odwołał wszystkie swoje kolejne występy w następnych dniach, nie przeżyła bym tamtej nocy, nie udźwignęła strachu, oddalenia od rodziny i domu. Kiedy ten tekst trafi do druku, koncert ?All This Time? będzie już należał do wszystkich, jeśli ten świat będzie jeszcze istniał... A jeśli będzie istniał, o co modlę się uparcie i znowu dopadnie mnie jesienna chandra, włączę sobie Stinga na DVD i odnajdę w pierwszym rzędzie widowni czarny zarys postaci mojego męża i jego wzruszająco wielkich uszu i pomyślę o tym, że życie nieustannie mnie zachwyca i zaskakuje.
|
|
|
|