.:: ANNA MARIA JOPEK ::. ID.::

PRASA: artykuły i wywiady z AMJ

Twój Styl wrzesień 2000
Jej Styl:Anna Maria Jopek
W swoim rytmie przed siebie
autor: Małgorzata Terlecka-Reksnis

W Sopocie na molo powietrze jest zimne i szorstkie. Anna Maria (imiona wybrał jej ojciec) ma zaczerwieniony nos i jasny, sterczący z tyły głowy kucyk. W szarych spodniach i czarnym płaszczu nie wyróżnia się z tłumu. Opowiada o zakupach w gdańskim Klifie. Zbyt często używa słów: "nadzwyczaj", "genialnie", żeby wyrażała zachwyt. Ma emocjonalny styl, który jednych przyciąga, innych drażni. Jest bezpośrednia, nie ma śladu gwiazdorskiej pozy, jej wygląd i sposób mówienia prowokują do zdrobnień. W Universalu, firmie fonograficznej, w której wydaje płyty, mówią o niej: Ania, Anusia i nasza Anulka. W barze na plaży jemy suchego dorsza. Wieje wiatr, ona mówi i łyka zimne powietrze, a ja domyślam się, że nie jest przewrażliwiona na punkcie własnego głosu. Wiem, że wieczorem czekają ją bite dwie godziny śpiewania przed publicznością. Rozmawiamy o kompleksach i poszukiwaniach.

-Nie lubiłam swojego wyglądu. Byłam jasną pyzą z kucykami, ale w głębi duszy czułam się ognistą brunetką. Styliści wymyślili dla mnie falbanki, suknie i tiule. Zawsze to było bardzo nietrafione. Ale nie umiałam tupnąć nogą. Sporo czasu musiało upłynąć, zanim odkryłam, że najlepiej czuję się w prostej marynarce, białej koszuli i
gładko ściętych włosach. Bez udziwnień, loków i ozdób.

Z okien mieszkania na drugim piętrze widać grupy manifestantów przed sejmem.

- Nie mamy radia ani telewizora, ale dzięki sąsiedztwu - wyjaśnia Ani - bierzemy czynny udział w życiu politycznym. Możemy nawet wywieszać transparenty na balkonie.

W dużym pokoju jest ściana w kształcie fali. W rogu stoi fortepian marki Sommerfeld zawalony nutami. Nad nim wisi czarno- biały ekspresyjny portret Milesa Davisa. Fortepian jest Ani, odbył z nią dwie przeprowadzki, a portret wielkiego Milesa kupił w Hamburgo jej mąż Marcin Kydryński w czasach, kiedy nasiąknięty był jazzem od stóp do głowy.

- Wychowałam się na jego audycjach w Trójce. Był wtedy dla mnie kimś nieosiągalnym wtajemniczony, jak jazzowy guru.

W brązowych dżinsach i ciepłych kapciach siedzi przy okrągłym stole i pije mocną kawę. Taką, żeby stawiała na nogi. Obok w pomalowanym na niebiesko pokoju śpi dwuletni Franio, ale telefon dzwoni zbyt często, żeby mogła się wyłączyć z natłoku zawodowych spraw: wyjazdu do Berlina, produkcji nowej płyty Bosa, koncertów w Izraelu i nagrań dla telewizji piosenek Władysława Szpilmana. - Kiedy mam dużo zajęć, nakręcam się jak sprężyna. Kiedy siedzę na kanapie i za dużo myślę, dopada mnie smutek, którego się okropnie boję. Lubię koncerty. Śpiewanie jest tak absorbujące, że izoluje od strachu. Wracam naładowana energią i w mojej głowie jawią się wtedy pomysły. franek budzi się z płaczem. Ma czarne włosy, ciemne oczy i i imponujący jak na dwulatka wzrost. Gdy wymawia słowo "krem" z przedłużonym dźwięcznie "r", nie ma wątpliwości, że należy do rodziny Kydryńskich. Marcin twierdzi, że także po nim odziedziczył temperament, dlatego jest prawdziwym dzikusem. Lubi siłowe zajęcia, na przykład walenie młotkiem w ścianę. Złości się, kiedy któreś z nich długo rozmawia przez telefon. Ania podkreśla, że franek ma świetny słuch i wyraźnie ciągnie go do fortepianu. - Kiedy ja gram, Franio śpiewa swoje piosenki. Do muzyki Schuberta i Bacha. Marcin Kydryński studiował na wydziale wiedzy o teatrze i prowadził w Trójce audycje Około północy. Ania, studentka pianistyki na Akademii Muzycznej w Warszawie, przez koleżankę, która także uczyła się razem z nim w szkole aktorskiej, przesłała mu pytanie: gdzie w Polsce można nauczyć się śpiewania jazzu? Zdziwiła się, bo zamiast odpowiedzi usłyszała, że prosi ją o przysłanie kasety demo ze zdjęciem. Nagrała wysokim sopranem Cry Me a River, wybrała zdjęcie w okularach i kapeluszu z wakacji w górach oraz napisała bezpretensjonalny liścik, który zaczynał się: "Szanowny Panie, nie szukam protekcji, promocji ani poklasku", a kończył się listą konkretnych pytań. w odpowiedzi usłyszała od koleżanki: "nie takiego głosu oczekiwał", i korespondencja definitywnie się urwała. Po dwóch latach spotkali się w Puławach na finałowym koncercie po warsztatach jazzowych. Zapowiadał ją jako wschodzący talent wokalistki, a ona spóźniła się z wyjściem na scenę. Zapamiętał jej tremę, ona zapamiętała jego złość.

Marcin "mężczyzna w drodze", jak mówi o nim Ania, podróżuje, fotografuje, pisze książki i teksty piosenek. Produkuje płyty Ani i pracuje nad repertuarem. Jest jej krytycznym okiem i uchem. W słoneczny dzień spotkamy się z Marcinem w Warszawie w kawiarni na placu Trzech Krzyży. Mówi, że z Anią zdarzają im się przeżycia jak z filmu Kieślowskiego Podwójne życie Weroniki. -Muzycznie całkowicie się zgadzamy. Tak, jakbyśmy mieli te same uszy i tę samą wrażliwość. Musieliśmy kiedyś stanowić całość. Teraz Franio połączył to, co kiedyś zostało podzielone.

Inaczej niż przeznaczeniem nie można wytłumaczyć olśnienia, którego doznał cztery lata temu, kiedy całkiem przypadkiem wpadł do studia w czasie, kiedy Anna Maria Jopek nagrywała z zaprzyjaźnionymi muzykami Dwa serduszka, cztery oczy. Został już do końca sesji. - Pierwszy raz usłyszałem ją inaczej. Między nią a muzyką nie było żadnych barier, żadnej pustej przestrzeni. Siedziałem ze słuchawkami na uszach i czułem, że obcuję z absolutną doskonałością. Pamiętam, że byłem ubrany w szary, powyciągany spencerek i kompletnie nie przejmował się wrażeniem, jakie zrobił na mnie jej śpiew. Siedziała w kącie i piłowała paznokcie. Najbardziej lubię w niej właśnie tę szczerość i naturalność, której nie straciła mimo że w ciągu dwóch lat stała się znaną wokalistką.

To trzecie z kolei wpadnięcie na siebie wzbudziło w nich poczucie, że długo bawiły się nimi przypadki. Ślub, mimo że utrzymywany w ścisłej tajemnicy (tylko rodzice i świadkowie), wzbudził zainteresowanie gazet. Obydwoje znani, z artystycznych domów, z przyszłością, która nadaje się na współczesną wersję bajki o przestraszonej show-biznesem księżniczce z lirycznym głosem i muzycznym wykształceniem oraz o niespokojnym księciu, podróżniku, przewodniku i pigmalionie.

- Nie wiem, co by się stało w moim życiu, gdyby nie Marcin. Pewnie do tej pory śpiewałabym jakieś mydlane pioseneczki.

Najbardziej charakterystyczna cechą Anny Marii jest całkowity brak egoizmu i agresji. Ma zakodowany w genach instynkt dążenia do zgody z całym światem. Kiedyś, aby nie sprawić przykrości innym, rezygnowała z własnych potrzeb i chęci. Rozpoczynała karierę piosenkarki z lękiem, aby swoją osobą nikomu niczym nie utrudniać.

- Borykałam się sama z sobą. Do pasji doprowadzał mnie mój brak zdecydowania nawet w tak podstawowej kwestii jak kawa czy herbata. Świetnie, że jestem z silnym i bezkompromisowym mężczyzną jak Marcin. Uczy mnie , że nie muszę się na wszystko zgadzać. staram się żyć bardziej higienicznie, trochę więcej myśleć o sobie, mniej o zadowoleniu innych.

- Ktoś, kto nie miałby jej cierpliwości i wewnętrznej równowagi - twierdzi Marcin - nie wytrzymałby ze mną nawet pół roku. Różnimy się temperamentami. Ania unika konfliktów i nie podejmuje walki. Ja wyciągam szabelkę i zadaję ciosy w ludzkość i w kosmos. Ona wyrozumiale się temu przygląda, jest jak poduszka. Robię jej potworne awantury dla jej własnego dobra. w tym związku to ja jestem policjantem.

Tempo ich życia jest szybkie. Pracują w studiu, jeżdżą na koncerty (Marcin gra na koncertach partie solowe na gitarze w Kołysance, którą napisał dla syna). Promują i wydają jej płyty. Podróżują, ostatnio byli razem w Egipcie. Zbierali materiały do reportażu o polskiej misji archeologicznej, która rekonstruuje świątynie Hatszepsut. Kiedy ona jeździ w trasy, on opiekuje się Franiem. Kiedy Marcin wyjeżdża do Afryki (chociaż dawno już się to nie zdarzyło), ona przejmuje obowiązki. Nawet depresje mają na zmianę. Nie przejmują się gotowaniem obiadów, sprzątaniem, zakupami i terminami płacenia rachunków telefonicznych. Śniadania jedzą na stojąco, na plaży wytrzymują trzy dni. Franiem opiekuje się ukochana Dania, czyli pani Danuta, która kiedyś niańczyła Anię, i choć to wygląda na metafizykę, była też pierwszą nianią Marcina. W nocy na każde zawołanie synka jest Ania, bo to ona śpi z nim w dziecinnym pokoju. Marcin do późna pisze na komputerze. Ona uwielbia buszować w supermarketach i kupować niepotrzebne rzeczy. On po pięciu minutach w sklepie niecierpliwi się. W Nowym Jorku, do którego często latają, rozdzielają się na czas zakupów. Marcin ogląda gitary (ma ich jedenaście, w tym gitarę Stinga z jego podpisem) i odwiedza sklepiki ze starymi płytami na wschodnich ulicach. Ania biega po wszystkich piętrach najlepszego domu towarowego Bloomingdale i buszuje po Soho. Spotykają się po czterech, pięciu godzinach. Marcin ma pęd do pracy, Ania cieszy się drobiazgami. W ubiegłym roku w lecie chciała odpoczywać z Franiem pod gruszą, on uznał jednak, że w studiu najlepiej pracować właśnie podczas wakacji, bo nie ma tłoku. Jeżeli toczą ze sobą wojny, to przede wszystkim w kwestiach muzycznych. On jest wrogiem elektronicznego brzmienia, ona chciałaby na swojej płycie wykorzystać więcej powiewów nowoczesności. Marcin gra codziennie na gitarze, Ania nie ćwiczy na fortepianie. On nie prowadzi jej koncertów, ona zapowiada na scenie jego piosenki. Jest jakieś wyraźne przesunięcie w tej symetrii, które daje im poczucie silnego, chociaż wcale niełatwego, jak mogłoby się wydawać, związku.

W Gdyni, wieczorem, po pięciu godzinach przegadanych i przespacerowanych nad brzegiem morza widzę, jak Anna Maria w szerokich lnianych spodniach i luźnej koszuli wychodzi na scenę Teatru Muzycznego. Śpiewa tak naturalnie, jakby dawała biec samej muzyce. Nie jest popowa ani rockowa, a jednak działa energetycznie na widownię. Ma w sobie jazzowe światło z cieniem zmysłowości. Publiczności podoba się zwłaszcza jej sposób improwizacji, zarazem liryczny i dynamiczny. Docenia jej mistrzostwo techniczne. Ale dla niej samej, wychowanej na Bachu i Mozarcie, to raczej zabawa głosem i muzyczną wyobraźnią. Zastanawiam się, skąd ma ten dar "jasnośpiewania"?

Miała być chopinistką, wirtuozem. Chodziła do klasy fortepianu, a jej młodsza o cztery lata siostra Patrycja jest klasyczną skrzypaczką., współpracuje z Sinfonią Varsovią. Rodzice: Stanisław Jopek, tenor o barytonowym zabarwieniu, i Mariola Stankiewicz, tancerka, występowali w Mazowszu.

-Kiedy Mazowsze ruszało w Polskę, zabierało z sobą wszystkie maluchy. W garderobie mamy wdychałam talk i zbierałam cekiny, które odpadały z kostiumów. Wtedy zaraziłam się sceną. Rodzice w przerwach między zagranicznymi występami wybudowali dom na oficerskim Żoliborzu. Duch starej Cytadeli, opiekun artystów i wirtuozów, musiał pewnego dnia zobaczyć, jak z toną piachu w trampkach po meczu piłki nożnej pędzi na lekcję fortepianu do dystyngowanej profesor Barbary Ostrowskiej. Tak sowicie obdarzył ją emocjami i upodobaniem do synkopowanej muzyki, że na klasyczny chłód zabrakło już miejsca.

- Mam do siebie dużo pretensji - mówi Ania, popijając dorsza herbatą w plastikowym kubku - o to, że nie chodziłam na wagary, że byłam zbyt poważna i kompletnie nieodporna na wszelkie pranie mózgu. Godzinami ćwiczyłam na fortepianie. Z dzieciństwa zapamiętałam okrzyk taty: Ania, do grania! którym kończyły się moje zabawy na trzepaku.

Na drugim roku Akademii Muzycznej przeprowadziła się z domu, w którym miała zbyt cieplarniane warunki, do warszawskiego mieszkania babci. Zabrała ze sobą fortepian. Babcia Irena (mama mamy) wyjechała do Australii, bo w wieku 60 lat zakochała się w Sydney i postanowiła tam żyć. Ania pierwsze pieniądze zarabiała śpiewając reklamy w studiu Radia Zet. Wieczorami w klubach grała jazz, w ciągu dnia pochylała się nad Mozartem i Brahmsem. Te dwa muzyczne światy wzajemnie przeszkadzały sobie.

- Stres studiowania na akademii był tak wielki, że kiedy została już magistrem z krwi i kości, nie mogłam nawet wrócić tam, żeby odebrać papiery. Czułam, że muszę natychmiast zrobić coś z kompletnie innej działki. Znaleźć własną drogę. Stąd wzięło się moje śpiewanie.

Babcia Irena wróciła z Australii chora. Zaprzyjaźniły się ze sobą podczas półtorarocznego pielęgnowania i godzenia się z przemijaniem. - Po babci Irenie odziedziczyłam rys szaleństwa. Po jej śmierci już nigdy nie wróciłam do dziecięcej ufności. Dowiedział się, że można bać się dzwonka telefonu.

Ruda poetka z wykształceniem psychologa, Magda Czapińska, autorka lirycznych tekstów, napisała dla niej pierwszy przebój: Ale jestm. Od tej piosenki, jak mówi na koncertach Ania, zaczęło się wszystko, co dobre: wyjazd na konkurs Eurowizji, debiutancka płyta Ale jestem, artystycznie wypieszczony album Szeptem z polskimi standardami jazzowymi i jasnosłyszenie z nominowanym do Fryderyka przebojem Ja wysiadam.

Przed koncertem w warszawskim Teatrze Buffo, w białej lnianej koszuli i pastelowym makijażu Ania wyglądała jak podekscytowany anioł, chociaż Marcin mówił do niej "Smoku". Anioł w depresji to Ania siedząca w kącie, przygarbiona i gadająca banialuki o uprawianiu grządek i uczeniu dzieci gry na fortepianie. Pomaga wtedy czerwone wino w małych ilościach.

- Ścierają się we mnie dwie osobowości. Pierwsza, lekkomyślna, woła: ahoj,

przygodo, i rzuca się głową do przodu. Druga jest mocno niepewna, poważna i przestraszona światem.

Ta podwójna mieszanka instynktu, ryzyka i powagi tłumaczy jej odwagę w komentowaniu na żywo z Londynu dla Radia Zet ceremonii rozdania nagród muzycznych Britwards. Stres kilkunastogodzinnej pracy w samym centrum światowego show-biznesu odreagowała na drugi dzień zakupami na Regent Street. Kupiła sobie: zielone kozaki z lakierowanej skóry. recepta na przygnębienie sprawdziła się, bo mimo fałszywych dźwięków i morza próżności, które zobaczyła, wróciła z Londynu zielona jak młoda trawa.

Przed nią wydanie piątego albumu z nowymi wersjami ludowych piosenek, przeprowadzka na zielony Żoliborz do domu, który zbudowali rodzice. - Mój fortepian wróci na dawne miejsce. Zatoczył ze mną duże koło. wiele dobrego wyłoniło się z chaosu, w którym kiedyś tkwił.

Wkrótce czeka ich powiększenie rodziny. Ania chciałby, żeby urodziła się córeczka z jasnymi włosami i delikatnym usposobieniu. Marcin z Franiem i z plecakiem wypchanym zabawkami idą do babci Haliny Kunickiej. Ania przeziębiona pije herbatę z malinami. Po urodzeniu Frania od razu wróciła na scenę. Trzy tygodnie później śpiewała już recital w Trójce. Wyszczuplała, nabrała pewności siebie. W ciągu dwóch lat nagrała cztery płyty i zagrała 150 koncertów. Nawet udało jej się polubić swoją twarz, którą kiedyś uważała za pyzatą i koszmarnie kwadratową.

-Nie stawiam wielkich kroków, nie lecę odrzutowcem, nie pędzę na złamanie kark. Idę swoim rytmem przed siebie.

-Wiesz już, dokąd chcesz iść?

-Do akceptacji wszystkiego, co mi się przydarza. Chcę wychowywać dzieci i śpiewać. Mieć dystans i nie stracić młodzieńczego romantyzmu. Jak moja ukochana wokalistka Shirley Horn. ale ona doszła do tego po sześćdziesiątce. ma jeszcze dużo czasu na szukanie, gromadzenie i dorastanie.

(c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC