.:: ANNA MARIA JOPEK ::. ID.::

PRASA: artykuły i wywiady z AMJ

VIVA nr 20/95 (25.09.2000r)
z AMJ i Marcinem Kydryńskim rozmawiała
Krystyna Pytlakowska

MARCIN

M. K.:Zaczęliśmy naszą znajomość z Anią od muzykowania. Ona kiedyś przysłała mi do radia karteczkę z informacją, że usiłuje śpiewać. Dołączyła kasetę z próbnymi nagraniami. Pytała, co sądzę na ich temat. Był to rok 1991.

K.P.: Wystawił Pan dobrą recenzję?

M. K.: Przez wspólną koleżankę odpowiedziałem: "Powiedz tej swojej Ani, że może zajęłaby się w życiu czymś innym, bo jej śpiewanie nie ma większego sensu." Nie wiedzieć czemu przybrałem arbitralny ton.

K.P.: Ale zmienił Pan zdaniem. Kiedy?

M. K.: Dwa lata później na warsztatach jazzowych w Puławach słyszałem już, że Ania naprawdę potrafi śpiewać i było mi trochę głupio. zresztą do końca nie byłem pewien, czy to ona jest tą dziewczyną od kartki. Potem upewniłem się, że jest nią istotnie.

K.P.: Przynajmniej zwrócił Pan na nią uwagę.

M. K.: Nie było to łatwe, ponieważ na sześciogodzinnym koncercie, który prowadziłem, występowało 150 osób. Ale Ania jako jedyna spóźniła się na swoje wyjście ... A potem dostała nagrodę Michaela Legranda - takie błogosławieństwo na wykonywanie jego utworów. Ja wtedy pracowałem nad płyta Henia Miśkiewicza. Chcieliśmy mieć na niej dwie kompozycje Legranda, zadzwoniłem więc do Ani pytając, czy chciałaby wziąć udział w tym nagraniu. Chciała. No a potem był sylwester 1996 roku - wolne studio, bo nikt nie miał czasu z niego korzystać. Ania zgrywała coś dla radia. I wtedy doszliśmy do wniosku, że warto byłoby nagrać własną płytę. Tak zrodził się pomysł "Szeptem" - początek naszej wielkiej współpracy. Jak zaczynaliśmy pracę nad tą płytą, byliśmy kolegami. Kiedy ukazała się na rynku, już byliśmy po ślubie i mieliśmy miesięcznego synka ...

K.P.: Może to świadczy o tym, że albo Wasz związek uległ szybkiej przemianie z koleżeńskich w miłosny, albo bardzo długo pracujecie nad płytami ...

M. K.: Prawda leży gdzieś pośrodku. Rzeczywiście praca nad płyta zajmuje nam trochę czasu. Ale też napięcie w naszym związku szybko rosło.

K.P.: Więc to muzyka Was połączyła?

M. K.: Pracujemy cały czas ze sobą, nawet jak Ania nagrywa z Marcinem Pospieszalskim, pisałem dla nich jakieś teksty. Ale "Bosa" jest nasza - taka polska, tęskna osmętnica, na poły chopinowska, na poły szorstko-ludowa. Ten album jest naszą reakcje na to, co się w muzyce dzieje. Ostatecznie gestem rozpaczy w obronie wartości nieprzemijających.

K.P.: Jestem zdziwiona, że macie tak małe dziecko, drugie w drodze, a Ania pracuje.

M. K.: To prawda, Ania zamierza jeszcze pojechać w długą trasę po Polsce, a także nagrać kolejną płytę z Marcinem Pospieszalskim.

K.P.: A nie chciałaby trochę odpocząć?

M. K.: Ależ ona przy tym właśnie odpoczywa, proszę mi wierzyć.

K.P.: Może boi się przed Panem przyznać do chęci poleniuchowania ?

M. K.: Kiedy muzyka to jej największa miłość i pasja. W rzeczywistości najbardziej męcząca jest przygoda z naszym synkiem. Teraz byliśmy na dwutygodniowych wakacjach, które nazwałem obozem pracy o zaostrzonym rygorze. Oboje po prostu wznosiliśmy już ręce do nieba, żeby tylko móc wrócić i zabrać się do pracy.

K.P.: Biedny Franek, ma rodziców pasjonatów.

M. K.: On tez jest naszą pasją, i to najważniejszą. Gdybyśmy musieli wybierać pomiędzy pracą a dobrem naszego syna, nie byłoby żadnej kwstii.

K.P.: Odwołałby Pan nawet podróż do RPA?

M. K.: Ja już odwołałem fantastyczne zlecenie na Hawajach, bo właśnie Franio miał się urodzić. Wielokrotnie rezygnowałem z czegoś dla mnie żadne poświęcenie. Gdyby nawet "National Geographic" złożyło mi propozycję na grudzień, powiedziałbym: bardzo mi przykro, marzyłem o tym od lat, ale musze odmówić, bo wtedy przyjdzie na świat nasze drugie dziecko.

K.P.: Trudno rezygnować z marzeń?

M. K.: Żaden problem. Miałem w życiu wyjątkowo dużo szczęścia, bo szans na realizację marzeń dostaję mnóstwo. A poza tym ... Mam 32 lata i wiem, że jeśli z czegoś zrezygnuj, to jest jeszcze czas, bym dostał tę szansę raz jeszcze. Jeżdżę po świeci. Widzę ogromną ilość nędzy, cierpienia. Potem wracam do hotelu i zastanawiam się, jak mógłbym pomóc. I wiem, że nie mogę zrobić nic, ale na przykład mogę założyć sobie program minimum, żeby przez całe życie być dobrym dla moich dzieci.

K.P.: Co to znaczy - być dobrym dla dzieci?

M. K.: Dać im tyle czasu i czułości, ile wymagają. Bawić się z moim synkiem przez pół dnia plastikową betoniarką, którą kocha.

K.P.: Myślał Pan o sobie kiedyś jako o ojcu?

M. K.: Tak, ale w jakiejś dalekiej przyszłości. Myślałem: jak będę miał 40 lat, to może będę gotów na przyjęcie dzieci. Teraz podejrzewam, że jako 40-letni facet powiedziałbym sobie: OK., jeszcze potrzebuję dwóch, trzech, pięciu lat. i tak pewnie by trwało.

K.P.: Co wpływa na zmiany naszych planów?

M. K.: Czasem przypadek, czasem zbieg okoliczności. To ruletka, bo jak dotąd niewiele spraw planujemy. Żyjemy patrząc, co nam niesie los.

K.P.: Słyszę człowieka szczęśliwego, który znalazł miłość, może robić to, co jest jego pasją i bawić się z synkiem betoniarką. Nic nie zakłóca tej sielanki? Kłócicie się może, ścieracie?

M. K.: Często przy pracy mamy różne zdania, ale wtedy robimy dwie różne wersje piosenki i wybieramy lepszą. albo nie robimy tego w ogóle. Albo dajemy sobie tydzień na znalezienie rozwiązania.

K.P.: Jak można przy małym dziecku w ogóle razem pracować?

M. K.: Szukamy tych krótkich chwil, gdy Franek śpi. Te półtorej godziny staramy się maksymalnie wykorzystać. Piszemy teksty lub prasówkę do płyty, lub opracowujemy stronę internetową. Czasem się zdarza, że Franio wyjeżdża na parę dni. Ja wyciągam konsolety, a Ania większość czasu spędza pod prysznicem, bo tam przychodzą jej do głowy wszystkie melodie. Spod prysznica ociekająca woda pędzi do fortepianu, by zapisać to co wymyśliła.

K.P.: Zastanawiam się, po co jeszcze podróże, skoro jest dobrze jak jest. Czy nie żąda Pan zbyt wiele?

M. K.: Podróże to moja praca, zadanie, które musze wykonać. Ale najważniejsi dla mnie są Ania, Franio i muzyka.

K.P.: A gdyby Ania powiedziała: dość, siedź z nami?

M. K.: Ależ ona bardzo się cieszy, że może ode mnie odpocząć. Nie jestem łatwy, mówiąc delikatnie.

ANIA

K.P.: A gdyby powiedziała Pani: dość?

A.M.J.: Uważam, że trzeba szanować pasje drugiej osoby, bo inaczej byłby to układ pasożytniczy.

K.P.: A jak będzie wyglądało Wasze życie, kiedy dom zaczną roznosić dwa małe diabełki?

A.M.J.: Powiadają, że dwa diabełki są prostsze w obsłudze niż diabełek pojedynczy. tym razem wesprze nas niania, która jest prawie rodziną. Sama wiele się nauczyłam, na przykład, jak się uodpornić na zmęczenie. Organizm młodej matki sam się regeneruje w jakiś nadludzki sposób. Kobieta to najdoskonalszy twór Boga.

K.P.: To natura daje matce siły?

A.M.J.: Mężczyźni siły mają nie mniej, ale cierpliwości za grosz!

K.P.: Początki były trudne? Docieranie się dwóch osobowości?

A.M.J.: Tylko w sprawach zawodowych potrafimy się nawet nie tyle poróżnić, co ścierać. ale zawsze dochodzimy do kompromisu. Marcin wpływa na mnie mobilizująco. Potrafi jak nikt na świecie być wobec mnie wymagający i surowy. Ale wiem, że za tą surowością kryje się pełna akceptacja, więc mnie to nie rani. Zawsze z uwagą wysłuchuję jego wskazówek, bo na ogół ma rację. To Marcin natchnął mnie odwagą, żeby coś w życiu zrobić.

K.P.: Przedtem uznawszy, że nie potrafi Pani śpiewać!

A.M.J.: Ale to było całe wieki temu! ja faktycznie wtedy niespecjalnie śpiewałam, co muszę uczciwie przyznać. A później to on postanowił na mnie postawić. Wówczas utrzymywałam się z nagrywania reklam. Nie ukrywam, że była to wygodna posada, bezpieczna. I nagle Marcin zaproponował mi wystąpienie na Jazz Jamboree w 1996 roku. Pamiętam, że ze straszliwej tremy zapadłam na ciężka grypę. Termin zbliżała się nieubłaganie, a ja leżałam półżywa. Kiedy Marcin zadzwonił, wychrypiałam mu do słuchawki, że chyba nie dam rady. a on, zamiast mi współczuć, surowym tonem upomniał: "To ty, teraz, gdy masz życiową szansę, chorujesz?! Wszystkie bilety już dawno sprzedane, a ty śmiesz sobie chorować?" Zezłościłam się do tego stopnia, że natychmiast poderwałam się na równe nogi i ozdrowiałam. Z samej wściekłości, że ktoś śmie tak na mnie wykrzykiwać.

K.P.: I jeszcze wyszła Pani za tego tyrana za mąż, urodziła mu syna. Niezbadane są wyroki opatrzności i to, co się dziewczynom u mężczyzn spodoba.

A.M.J.: Tyran okazał się uroczy i bardzo skuteczny.

K.P.: Co jest najtrudniejsze we wspólnym życiu?

A.M.J.: Byłoby mi trudno żyć samej, nie myślę więc o tym, co jest najtrudniejsze we wspólnym życiu, tylko - jakie to byłoby upiorne nie umieć żyć w żadnym związku. Najtrudniej uznać cudzą niezależność uszanować wolność i potrzebę czasowej samotności. Przez moment lubimy oboje być sami.

K.P.: Wtedy, gdy on wyjeżdża?

A.M.J.: Ale wraca. Za takim rozstaniem idzie tęsknota, którą przekuwamy w coś ładnego, twórczego. Ten brak siebie uzmysławia, ile dla siebie znaczymy.

K.P.: No i może Pani wtedy trochę odpocząć, pobyć sama z dzieckiem...

A.M.J.: Kiedy ja musze trzymać tempo. Muszę być aktywna, żyć ciekawie, w przeciwnym razie dopada mnie melancholia. Boję się też rutyny, mechanicznych, bezmyślnych działań.

K.P.: Przy dziecku jednak, a wkrótce przy dwojgu, nie sposób uniknąć rutyny: spacer, obiadek, spanie i tak ciągle, od nowa.

A.M.J.: Tę rutynę akurat ubóstwiam, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Pomiędzy tymi stałymi punktami programu wszystko inne może być dowolne, bo zależy od naszej inwencji, głodu działania. A mało kto ma takie szczęście w życiu, by jego zawód był najwspanialszą pasja. Poświęcamy więc nasz czas na hobby.

ANIA I MARCIN

K.P.: A przecież bardzo wielu ludzi rozdziela swój czas na prywatność i zainteresowania. I im to wystarcza.

M.K.: Pracowałem kiedyś w agencji reklamowej. po roku doprowadziłem do wielkiego sukcesu - na Dworcu Centralnym zawisła plansza z dykty reklamująca pastę do zębów. Wszyscy mi przez tydzień gratulowali, jaki to jestem wybitny. Nagle zrozumiałem, że jeśli ma to być cel mojego życia, to było mi miło, ale żegnam się. potrzebuję nieustannie czegoś nowego.

A.M.J.: Milion ludzi byłby zachwycony, gdyby udało im się coś takiego zdziałać.

M.K.: Bo to i sukces, i pieniądze. Tylko że dla nas pieniądze są drugorzędne. Najważniejsza jest nieprzewidywalność przyszłości.

A.M.J.: i by rano nie czuć się jak szmata. Człowiek powinien być wierny sobie.

M.K.: Nie można wieszać planszy z dykty ze świadomością, że się tego nienawidzi. Cenię tych, którzy to robią, bo to kochają. Ale należy współczuć tym, którzy zarabiają 20 tysięcy miesięcznie, ale szczerze nie znoszą wieszania tych plansz. Słowem - jestem szczęśliwy, bo podjąłem właściwe decyzje we właściwym czasie.

K.P.: I w wyniku tych decyzji Franek ...

M.K.: ... jest i zna z płyty "Bosa" wszystkie utwory, a niektóre chórki śpiewa z upodobaniem.

A.M.J.: I tańczy do tego.

M.K.: A w samochodzie zawsze śpiewa Stinga.

A.M.J.: Mimo że nie zna angielskiego.

M.K.: Ale coś tam sobie powtarza.

A.M.J.: On jest wielkim kokietem. Uwielbia dziewczyny. Nie wiem, co to będzie.

M.K.: Tatuś był całkiem odporny na kobiece wdzięki.

A.M.J.: Nie uwielbiałeś dziewczyn?

M.K.:: Ależ ja żyłem jak nich! Mogło się tak zdarzać, że w mediach sfotografowano mnie stojącego obok dziewczyny, ale to dlatego, że występowałem przypadkiem jako element towarzyszący ...

K.P.: Mało rozmawialiśmy o takim normalnym codziennym życiu.

A.M.J.: Trudno mi mówić na ten temat, bo każdy szuka w życiu tego, co przynosi harmonię. Ale jeśli pyta pani na przykład o zakupy, porządki, rachunki zapomniane, nie zapłacone, to żyjemy całkiem normalnie. Ja bardzo lubię gotować. I kiedy tylko możemy, to coś pichcimy.

M.K.: Najczęściej jednak, kiedy pracujemy, mamy czas zaledwie na to, by gdzieś wyskoczyć i zjeść na ogół średnim bufecie.

K.P.: Następuje jednak moment ciszy, gdy płyta już nagrana, wszystko zrobione?

A.M.J.: U nas nie ma takich momentów. Ja już dawno jestem w jakiejś nowej muzycznej historii.

M.K.: To nie tak, że sobie siedzimy i czekamy . Jeszcze pracując nad czymś poprzednim, kombinujemy, co będzie potem. już dziś myślę, jak to zrobić, żeby Ania po wspólnym koncercie teraz zaśpiewała duet ze Stingiem i żeby w tej piosence było pięciominutowe jazzowe solo, i żeby jeszcze ktoś oprócz nas polubił taką muzykę.

(c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC