.:: ANNA MARIA JOPEK ::.

MARCIN KYDRYŃSKI - www.kydrynski.com :: DWA SERDUSZKA CZTERY OCZY - o wydawnictwie :: YOSKINE - www.yoskine.pl | konkurs

  • ZNÓW WYJEŻDŻASZ?

  • Anna Maria Jopek w rozmowie z Marcinem Kydryńskim

    - Marcin Kydryński: Będziemy rozmawiać konwencjonalnie? O miłości i o tym jak bardzo tęsknimy, bo Ty w Japonii a ja, dajmy na to, w Ugandzie?

    - Anna Maria Jopek: Kto ma czas na takie nasze jedzenie sobie z dzióbków? To się czyta nużąco.

    - A co się czyta z pasją? Musi być sex, przemoc, sensacja, pot, krew i łzy?

    - W każdym razie żadne tam sentymentalne "ecie pecie".

    - Pewnie powinny paść trzy słowa o dzieciach.

    - Nie wiedzieć czemu one tak ludzi interesują, jakby nie mieli własnych, z definicji ciekawszych. Zgadzamy się na takie reguły medialnej gry?

    - Po co my to robimy właściwie?

    - Z próżności?

    - Nawet antyczni mędrcy nie byli od niej wolni: "przez dziury w twoim płaszczu widzę twą próżność, Diogenesie" - mówił Aleksander do swego filozofa-abnegata, który mieszkał w starej beczce. A co dopiero my.

    - Ja widzę Twoją próżność przez Twe dziury w jeansach na naszej okładce!

    - Tylko z próżności?

    - Z tego samego powodu, co wszyscy. Chcemy na moment złapać uwagę pasażera tramwaju, lub pani u kosmetyczki, by dowiedzieli się, że zrobiliśmy trzy naprawdę ciekawe płyty. Bo zrobiliśmy je dla nich. Po to inni tańczą nawet na lodzie! Pomyśl, a my musimy tylko pogadać, nie łatwiej?

    - O, na lodzie to ja nie zatańczę. W ogóle tańczę, jak chochoł z "Wesela".

    - W naszej kulturze za mało tańczymy. Może jest za zimno a walonki i waciaki nas zbyt zakutały. Tydzień temu byłam w Rio. W Lapa nocą wszyscy tańczą sambę, jak organicznie. Zgoda z własnym ciałem oznacza zgodę ze światem.

    - Ty mi tu tańczącym Polakiem nie pomiataj! Robimy postępy! Tańczymy z gwiazdami!

    - Po co sarkazm? Wywyższasz się, a ja mówię serio. Potrzebny jest ten TzG. Przejeżdżałam ostatnio przez małe miasteczko, gdzie po jednej stronie ulicy było więzienie a po drugiej szkoła tańca. Wierzę, ż eto pierwsze niebawem przestanie być potrzebne. Cokolwiek nas przekona do ruchu, rozsupła, uwolni wewnętrzną energię, pomaga. Tylko te esemesowe wyroki przy tym. Te parkietowe ostracyzmy. Szkoda, że jesteśmy tak złaknieni okrutnych igrzysk.

    - Dobrze, że nie tańczymy, by zwrócić uwagę na płyty. Bo by nam na istotę rzeczy czasu nie starczyło. Ale nie da się po prostu porozmawiać muzyce, na przykład?

    - Rzadko. Niewielu dziś mówią te nazwiska: Metheny, McFerrin, Marsalis? Szymanowski, Wacław z Szamotuł, Sara Tavares?

    - Bałem się już, że będzie tylko na M, ale widzę, że jest też na S. A to zawsze atrakcyjniej.

    - Zmanipulujmy odrobinę. Bo to już nie do zniesienia, że jesteśmy tacy zwyczajni. Nie niszczymy przedmiotów kultu, nago w teledyskach nie występujemy, na imprezy nie chodzimy żadne, więc koleżanki nie mogą potem napisać, że jesteśmy najgorzej ubrani albo protekcjonalnie pochwalić.

    - Zachowując wszelkie proporcje, mój ukochany Nabokov też sam ze sobą pisał wywiady, bo nikt mu nie zadawał wystarczająco ciekawych pytań. I wydał je potem pod tytułem "Strong Opinions" - Mocne, zdecydowane poglądy. Inne nie mają sensu.

    - Dobrze, próbujmy.

    - Ja zacznę. Jesteś, Jopciu, zdolnym gburem. Tak wykazują badania.

    - Umiarkowanie zdolnym, ale to i lepiej. Nadmiar talentu rozleniwia. Pijesz do tej zabawnej ankiety, gdzie nie znaleźliśmy się nawet w zestawieniu sympatycznych par, ale za to okazaliśmy się, nie wiedzieć czemu, najzdolniejsi?

    - Od razu: "pijesz".

    - Tak, pijesz i bijesz, nie ankiety już, ale ludzie to mówią.

    - Mówili też swego czasu, że jestem królem społeczności gejowskiej. To było nawet sympatyczne, choć w dziesięciostopniowej skali Kinsey'a mój współczynnik homoseksualny to 0,001. Jednak jakiś, bo kocham Woody'ego Allena. Ale potem gorsze mi wymyślali bezeceństwa. Gdzie ja bym, zabiegany, zdążył z takim bezmiarem wyuzdania?

    - Irytujące, że Ciebie te pomówienia zazwyczaj bawią!

    - To mi wręcz schlebia, że nie kiwnąwszy palcem i - niestety także nie nacieszywszy się przypisywanymi mi perwersjami, staję się nagle tematem! Jak jakiś Elton John, czy Kuba Rozpruwacz.

    - Zdumiewa mnie Twoja dezynwoltura. Przecież to powód do procesów o zniesławienie.

    - Jasne, wytoczyłem je, trwają, teraz może nawet żałuję. Po co tracić życie na pięściarstwo z tumanami.

    - To już nie Ty mówisz. Masz kilka paskudnych cech, ale jedną dość niezwykłą: nie chowasz urazy. Więcej: jest w Tobie, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, ściśle chrześcijańskie umiłowanie Twoich wrogów.

    - Tak, ale to "pięściarstwo z tumanami" tak dobrze wygląda w druku. Fakt, jest we mnie tyle empatii i współczucia, że starałbym się zrozumieć chyba nawet Osamę, który zmienił moje życie w koszmar i lęk na lata. Zrozumieć, nie znaczy pochwalać. Mój typ to jednak Gandhi. Wyrzeczenie się jakiejkolwiek przemocy.

    - Do przemocy dojdziemy. Mnie zastanawia, że ludzi tak fascynuje i oburza to, co w nas wszystkich elementarne: seksualność i jej meandry. Wymyślają o sąsiadach niestworzone historie. To ich najwyraźniej podnieca, są gotowi do świętej wojny w kwestiach doprawdy błahych, jak tajemnice alkowy. Szkoda, swoją drogą, że to coraz rzadziej tajemnice.

    - Czytałem ostatnio z uwagą świetną książkę wywiadów Pacewicza i Konarzewskiej: "Zakazane Miłości". Bogactwo różnorodności sfery erotycznej w człowieku jest olśniewające i godne pochwały. Nic, co ludzkie - a służące dobru - nie powinno być nam obce. Nie pojmuję tylko czemu budzi u niektórych taki gniew.

    - Może dlatego, że sami cierpią, nie mogąc się ujawnić, urzeczywistnić swoich pragnień, jak ten żołnierz z "American Beauty" ?

    - Właśnie. Boją się własnej seksualności. Boją się jej w sztuce, w filmie. A ja nie mogę przystać na okrucieństwo, którym ocieka prawie każdy film, czy gra. To nie jest prawda o świecie. To margines, samo zło. Dlaczego bez chwili refleksji godzimy się na takie zakłamanie? Odrzucenie miłości a przyzwolenie na przemoc? To jak przyklejanie listków figowych antycznym rzeźbom w czasach wojen - czytaj: masakr religijnych! Nie ma we mnie na to zgody.

    - Jesteś optymistą? Tak wygląda Twój świat? Świat miłości?

    - Nie, jestem statystykiem. Ludzie się kochają. O co tyle hałasu? Czemu nas tak podnieca to, co wspólne, od mileniów? Nie pojmę. Zatem kochajmy. Byle nie sprawić drugiej osobie cierpienia.

    - Choć są tacy, którzy na cierpienie właśnie liczą, bo je lubią. Jak kto woli. "Whatever works" - jak mówi nasz najukochańszy Woody!

    - Kochają wszyscy, bo inaczej ludzkość wyginie. I w tym bezmiarze miłości, na szczęście tylko jeden z nas na milion okazuje się niewysłowionym okrutnikiem. A właśnie do oglądania jego historii zwykle zachęca się dzieciarnię. I nikogo to nie bulwersuje. Ciekawe. Wszyscy jesteśmy hipokrytami.

    - Poczekaj, już chyba jesteśmy za daleko. Ale uznajmy, że sex odrobiliśmy. Teraz przemoc. Domowa najchętniej. Jak to więc jest z tym piciem i biciem?

    - Mam do dziś tę kartkę na lodówce, którą sam napisałem i gdy spostrzegła ją zaprzyjaźniona dziennikarka zaczęła wokół rozpytywać z troską, czy dzieci rozpaczliwie tęsknią, gdy wyjeżdżamy. I czy aby dobrze je traktuję.

    - Bo przecież było tam napisane: "Tatusiu nie jedź!!! A najlepiej też i nie bij"!

    - Ale skąd, było: "Tatusiu nie jedz. A najlepiej też i nie pij." Tylko ta pani, spłoszona, nie śmiała doczytać dokładnie. I pisałem tę kartkę do siebie w geście samokrytyki, bo jestem już uzależniony od jedzenia, jak późny Elvis.

    - I pijasz.

    - Może odrobinę wina. Ale jak inaczej rozpuścić we krwi słońce Toskanii pod naszym mrocznym listopadowym niebem?

    - Próbowałeś mleka z miodem? Nie narzekaj, znów uciekasz do Afryki.

    - Pracuję! Prowadzę tam warsztaty fotograficzne.

    - Musisz tak daleko? Albo te moje zdjęcia, które umieszczasz teraz w Vivie, gdzieś z końca świata, że niby my tak żyjemy, jak Sułtan Brunei i koncertujemy jak U2. Gdybyś chciał być konsekwentny, dałbyś moje zdjęcia z warszawskiego tramwaju. To byłaby sztuka. Poezja codzienności. Byłbyś Stasiukiem fotografii. "Opowieści żoliborskie"!

    - Byłbym, ale Ty nie jeździsz tramwajem!

    - Masz rację, jeżdżę zazwyczaj metrem, bo mieszkamy przy stacji. Przecież nie mam prawa jazdy. A Ty nie jesteś wolny od pokusy lansu. Hollywood Bowl, Tokio Blue Note, Royal Festival Hall, Tsavo... Co chcesz komu udowodnić? Że nam się udało? I tak ci zawsze powiedzą, że miałeś ustawionych rodziców.

    - Ale ja z rodzicami stałem nocami w kolejce po wannę! I mieliśmy kartki na cukier. I na wyrób czekoladopodobny! I na dżem z dyni o smaku pomarańczowym! I tata jeździł szpetnym Maluchem w kolorze bahama yellow, jak stare majty. I grzał zapasowy akumulator na kaloryferze. Pamiętam dokładnie.

    - Nikt ci nie uwierzy.

    - Bo społeczeństwo ma za krótką pamięć.

    - Więc i my zapomnijmy o już o tym. Przemoc i ciut sensacji mamy odrobione. Dokąd więc jedziesz?

    - Będę w Namibii. Pustynia. Brad Pitt, Angelina Jolie i cud jej połogu...

    - Już widzę, że zaczynasz rozumieć zasady pism kolorowych. Ale cały miesiąc? To jakiś kurs na profesorów zwyczajnych fotografii.

    - A Ty? Żeby pamiętać, jak wyglądasz, muszę Cię fotografować. Ostatnio jesteś w wiecznej drodze. Widuję Cię sporadycznie.

    - Myślisz, że po prawie piętnastu latach jesteśmy już takim małżeństwem jak Woody Allen i Mia Farrow? Którzy mieszkali oddzielnie i tylko machali sobie z okien po przeciwnych stronach Central Parku?

    - Nie, jesteśmy znacznie lepszym, choć nie tak zdolnym. Ona była dość podła, moim zdaniem. Czytałem jej niemiłą książkę. A Ty jesteś cudem.

    - Ona była odrobinę poirytowana, bo on się ożenił z ich córką.

    - Z adoptowaną, więc się nie liczy. Poza tym: "whatever works"!

    - Ja mówię o tym, że żyjemy właściwie nie ze sobą, a trochę obok siebie, tak często każde z nas wędruje przez świat samotnie. Było tak od początku, od tych szesnastu lat, bo tyle się znamy. Ty wciąż gdzieś na Borneo, w Rwandzie, Sudanie - ja w trasach. Czemu nam to nie przeszkadza?

    - Nie zgadzam się. Spójrz na półki. Ile płyt zrobiliśmy razem. Ile godzin w studiach nagraniowych. Ile sesji fotograficznych. - A tam, takie sesje. Wiesz, jak one wyglądają: "chodź, zrobimy sesję" - i jedziemy na dwa tygodnie, w sumie na wakacje.

    - Kiedyś nawet zabieraliśmy chłopców, gdy jeszcze lubili z nami wędrować. Mógłbym tak całe życie. Uwielbiam z Tobą być. Tylko, że Ty nienawidzisz wakacji. A ja kocham. Jestem światowego formatu wirtuozem wakacji.

    - Jak tam czas się rozpuszcza, jak nic z niego nie powstaje. Jakie to smutne.

    - Smutne jest to,  że nawet jak jedziemy do Lizbony po skończeniu trzech gigantycznych płytowych projektów, to zamiast jeść kraby Ty umawiasz nagrania z kolegami. Nie umiesz po prostu jeść krabów? Teraz i tu, jak śpiewałaś? Na chwilę w życiu skoncentrować się na rzeczach zwyczajnych, nie wiecznie tworzyć?

    - Czy to ma być zarzut? Kiedy mam jeść kraby, to jem. Kiedy spać, to śpię. Kiedy być z dziećmi - jestem z nimi. Kiedy zanurzyć się w muzyce, zanurzam się.

    - To brzmi jak wykład zen. - Nie wiem. Myślę, że mam mało czasu. Staram się uważnie koncentrować na każdej chwili.

    - To Ci się nie zawsze udaje.

    - Nie. Pamiętam, jak wchodziłam kiedyś na ważną scenę, gdzieś na świecie. Na sekundę przed rozpoczęciem koncertu, taka Madonna, jak widzimy na filmach, skupia się, medytuje, trzyma za ręce i modli z zespołem. Nasz zespół natomiast mówi o restauracji, do której pójdą po graniu, a ja dostaję telefon od naszej opiekunki. Że Franio zamknął się w toalecie, bo ucieka przed nauczycielem wiolonczeli. Ja jestem w tym - nie wiem, Pernambuco, noc, różnica czasu, publiczność już czeka a ja muszę telefonicznie pertraktować z Franiem, przez drzwi, żeby wyszedł z łazienki i wrócił na lekcję.

    - O widzisz, już mamy coś o dzieciach. Dorzućmy teraz słowo o pieniądzach, bo przecież o nich zapomnieliśmy, a są ważne w życiu celebrytów, którymi rzekomo jesteśmy! Co powiesz na takie zdanie: "Wiem już zatem, dlaczego Twoje rachunki telefoniczne opiewają na kwoty wyższe, niż dług krajów rozwijających się".

    - Staram się być zawsze w kontakcie z domem, z mamą. Martwię się i tęsknię. Ty nie cierpisz telefonu, z łaski czasem zaesemesujesz z końca świata.

    - Od razu: "z łaski". Miałem w poprzednim telefonie całą naszą transkontynentalną korespondencję esemesową z paru lat, wzruszającą i mocną poprzez tę lapidarność. Czytało się to jak przyzwoitą jednoaktówkę na dwoje aktorów. A Franio już na szczęście zostawił tę muzykę, więc na telefonach do łazienki zaoszczędzimy.

    - Myślisz, że na szczęście? Nie ma większego szczęścia, niż muzyka. Tylko czasem zbyt późno sobie to uświadamiamy. To była rzeź, te fortepianowe lata, ale jestem wdzięczna rodzicom, że nie odpuścili. Choć potem były studia pianistyczne. Ich nie jestem już tak pewna. Może powinnam była inaczej: improwizacja, kompozycja. Ale też kto wie, może "właśnie tak miało i tylko tak mogło być". Muzyka pozostaje esencją mojego życia.

    - Czego w niej teraz pragniesz najbardziej?

    - Nie wiem, czy najbardziej, ale marzy mi się taki trik, jak w Harrym Potterze. By na jeden dzień móc swobodnie zamienić się na uszy z różnymi ludźmi. Z Krzysztofem Pendereckim, ze statystycznym kibicem piłkarskim, z bliską przyjaciółką, z Franiem, który kocha Rammstein, z Patem Metheny, z dziennikarzem muzycznym poczytnej gazety, który po jednym wysłuchaniu w kwadrans recenzuje muzykę nad którą ktoś pracował rok. Fascynuje mnie, jak ludzie słyszą. Ale wciąż najbardziej po prostu kocham grać.

    - Wiem, Sting mówi, że szczęściem jest móc grać choćby tylko dla własnego kota. Że dar muzyki jest już w życiu nagrodą. Jemu łatwo tak powiedzieć, choć rozumiem symboliczny wymiar tych słów. Jak to jest z Tobą?

    - Energia, jaką dostaję od moich przyjaciół muzyków na całym świecie, od skupionej publiczności, to jedno. Ładuje i uzależnia. A drugie - to dar doświadczania samej istoty dźwięku i to miał na myśli Sting. Olśnienie. Medytacja. Nirwana, jeśli chcesz. Wyzwolenie od wszystkiego, poza tym układem drgnień powietrza, które słyszymy, splecionych w akordy. Dla Frania, czy Stasia, teraz szczęście jest jeszcze gdzie indziej. Z kolegami. Na rowerze. Tak ma być.

    - Może jest w naszej przy nich obecności? Jakimi jesteśmy rodzicami? Korespondencyjnymi? Ja nawet i to nie. Jestem na marną trójkę. Z trudem promującą.

    - Spytaj ich. Ja czuję z chłopcami wielką bliskość, nawet, gdy jestem daleko. Mamy świetny lot. To tak cudowni ludzie. Moi rodzice też byli wiecznie w drodze. Odurzeni muzyką, uzależnieni od scenicznej adrenaliny. Nie pamiętam innego życia, poza oczekiwaniem. Ale nigdy nie było w tym dramatu. Może poza tym powrotem Taty, kiedy zanim rozpakował walizki, już chciał słyszeć, co wyćwiczyłam na fortepianie.

    - Tak, "Ania do grania", pamiętam.

    - Nawet lubiłam te paromiesięczne trasy rodziców, bo mogłam wreszcie pobumelować. Ale ich nieobecność nie była problemem głównie dlatego, że Dedi wydawał się wieczny.

    - "Nagle ktoś ci bliski znika, zanim powiesz mu, że dla ciebie był jedyny."

    - To doświadczenie uczy, by nie odkładać słów miłości na później. Choć przecież byliśmy zawsze tak silnie związani, zdążyłam wszystko mu powiedzieć.  Jest sztuką życie tak, jakby każdy dzień miał być ostatnim, jakby każde spotkanie z bliskimi było momentem pożegnania na zawsze. Jak w tej pięknej kompozycji Hadena, "Always Say Goodbye". Nie posiadłam tej sztuki, ale wciąż się jej uczę i próbuję. A Twój tata?

    - Myślę o nim codziennie. Co powiedziałby na każdą z moich decyzji, na każdą z piosenek. Na tę naszą dzisiejszą dość kuriozalną rozmowę. Czy by nas zrozumiał. On odrzucał nowe reguły medialnej gry. Wycofał się.
    Wzrusza mnie, kiedy widzę, że mam jego dłonie. Ten sam kształt, tę suchą, prawie papierową skórę. Czasem dostrzegam identyczność naszych małych gestów, podobieństwo barwy głosu. Jakkolwiek to zabrzmi, często mam wrażenie, że on trwa dalej, we mnie. Brak mi go. Rozmawiam z nim na łąkach naszej farmy. Bo on jest tam. O tym jest piosenka na "Polannie" i kilka na "Niebie", na "ID".


    - Czemu teraz zdecydowaliśmy się na moment odsłonić, porozmawiać naprawdę poważnie?

    - Bo cenimy czas, swój i innych?

    - Może dlatego, że nie warto poruszać tematów nieistotnych, kiedy co sekunda drukuje się na całym świecie miliardy zbędnych słów . To dotyczy także rozmów czytanych w tramwaju. Więc, pójdźmy jeszcze dalej. Myślisz, że w sejmie powinien wisieć Krzyż?

    - Wiesz, że jestem wierzący. Choć często bliżej mi do tradycji Buddyzmu, do pięknej tradycji Islamu, gdzie modlitwa bywa też samotnym spotkaniem z Bogiem. Lubię ten stary kościół w Lizbonie. Zwłaszcza, że nic nie rozumiem z kazania. U nas na Żoliborzu usłyszałem ostatnio z ambony, że joga i medytacja to ruja i poróbstwo.
    Modlę się chętniej na łące naszej farmy, na pustyni, na krawędzi Wielkiego Kanionu, na spacerze w Łazienkach. Podoba mi się pochwała Boga poprzez miłość do ukochanej kobiety, do mężczyzny, dziecka, zwierzęcia, źdźbła trawy. Jak to było u Hrabala? "Pełne kobiece kolano to drugie imię Ducha Świętego"?


    - Więc ma wisieć Twoim zdaniem, czy nie? Bo to jest dziś ważniejszy temat niż dług publiczny, kurs euro i autostrady. Każdy człowiek w kraju musi mieć zdanie na ten temat.

    - Skoro tak, to moim zdaniem powinien być zdjęty. Dla mnie wiara jest sprawą intymną. A szacunek dla ludzi, których uznaję za partnerów a którzy myślą inaczej - kwestią najważniejszą. A tak powinno być w sejmie.

    - A sam mówiłeś, że u progu lat 80-tych wieszałeś Krzyż w szkolnej sali. Demonstrowałeś.

    - Wieszałem. Demonstrowałem, pieśni śpiewałem, po tyłku pałą od Milicji Obywatelskiej dostawałem. Licealna martyrologia. Dziś znam inne, dobre miejsce dla Krzyża, dla Gwiazdy Dawida i Półksiężyca. Jest na łańcuszku na piersi. Sam noszę często. Wiesz, zdarza się, że każdy z tych trzech symboli. Kiedyś leciałem do fundamentalistycznego wówczas Sudanu z krzyżem Falaszy, Żydów z Etiopii na piersi i mama błagała mnie, żebym zdjął. Byłem wściekły. A to miał być mój gest ekumenizmu.

    - A więc emanowałeś. Prowokowałeś i w dodatku, co groteskowe, nie swoją religią. A ona zwyczajnie bała się o Twoje życie.

    - Moja wiara jest splotem wielu systemów. Nie ma w niej miejsca na dogmę. Z jednej strony zazdroszczę, z drugiej współczuję ludziom, którzy w życiu są pewni wszystkiego. Ja składam się z samych wątpliwości. Jednego jestem pewien: jak powinna wyglądać modlitwa.

    - Jak?

    - Moja jest zawsze ta sama. Jest słowami wdzięczności za każdą sekundę życia. Nawet za te chwile trudne, bolesne. I bez próśb, rozmemłania. "Żadnej z twoich skarg nie usłyszy nikt..."

    - "Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale poświęcę życie, byś miał prawo je głosić".

    - Nie zgadzasz się?

    - Bo liczę, że może ktoś usłyszy. Kiedy człowiek owszem, prosi, bo modli się za innych. Ale staram się żyć według tych słów, chyba jednak niepopularnych ostatnio.

    - Masz ochotę wyjechać? Nie jesteś dumna, że jesteś Polką? Skąd zatem album "Polanna"?

    - Z zachwytu dla tradycji, którą dziedziczę. Ale dumna, kiedy Staś dostanie szóstkę z klarnetu, bo siedzieliśmy nad tym wspólnie. Jak przebiegnę półmaraton. Jak zaśpiewam Chopina z McFerrinem. Dumnym można być z czegoś w co sam włożyłeś pracę.

    - Ale jest ci miło, że Miłosz? I Małysz?

    - Miło. Tylko mój wkład w ich wielkość jest żaden. Może warto znaleźć złoty środek? Bez szabelki fanatyzmu ale ze zwykłą czułością i uwagą posłuchać na przykład naszej ludowej muzyki. Nie wstydzić się śpiewać po polsku. I - nie śmiecić w lesie.

    - Wiesz, wracając, myślę, że Miłosz wielkim poetą był. Dla mnie, być może, najważniejszym. Pisałem o nim próbną maturę i do dziś nie mogę otrząsnąć z tej miłości. Nie mogę uwolnić się od jego frazy, mocy jego myśli, ostatecznego bogactwa polszczyzny. Gdybym miał na tę wyspę bezludną, wiesz... to wziąłbym jego "Wiersze Wszystkie". Lub choćby sam jeden wiersz: "Spotkanie", raptem parę linijek. Ale jakby pozwolili, to jeszcze "Dolinę Issy". Dla mnie to najpiękniejsza książka w życiu.

    - O, chciałbyś uciec na taką wyspę, nie wątpię. Już kiedyś wmawiałeś mi, że mamy mieć dom na Lamu. Zrezygnowaliśmy w ostatniej chwili.

    - Wiem. Tę starszą, niepełnosprawną panią z Francji, która częstowała nas wtedy na Mandzie herbatą, porwali Somalijczycy. Ta historia nie skończyła się happy endem. Czytałem przed tygodniem w wiadomościach. I był jednak przerażający ten nasz dom, ze szkołą obok, gdzie od świtu kazali skandować dzieciakom wściekłe hasła, bezmyślnie, mantrycznie, godzinami, przez megafony. Afryka, którą tak wielbię - to nie było miejsce dla nas na stałe, na życie. Pozostajemy tam obcy.

    - Uważaj, porwania bywają wszędzie, radykalne islamskie szkoły mogą być i u nas za rogiem, zaraz Ci zarzucą polityczną niepoprawność!

    - Polityczna poprawność jest dla mnie protekcjonalna. Jest formą wywyższenia.

    - Zanim zaczniesz "wygłaszać", za czym nie przepadam - myślisz, że to jest odpowiednie dla tej rozmowy? Co chcesz tym osiągnąć?

    - Dobrze, zostawmy to, zanim zacznę, ale chciałbym, by czasem i w piśmie rozrywkowym znalazło się miejsce dla tematów zasadniczych. By nie musieli ich podejmować wyłącznie intelektualiści w swoich hermetycznych środowiskach, ale też zupełnie zwykli ludzie, jak my, w piśmie dla zwykłych ludzi.

    - Nie ma zwykłych ludzi.

    - Upraszczam, wiesz, co mam na myśli. Chcę, by nie pisano wyłącznie o tym, co miała na sobie która panienka na otwarciu jakiego salonu kosmetycznego i ile kosztowały jej buty. Wolę, żeby ktoś zapytał, dlaczego te pieniądze nie poszły na przykład, dla Polskiej Akcji Humanitarnej?

    - A co Ty zrobiłeś dla Polskiej Akcji Humanitarnej?

    - Nic. I czuję się z tym, jak śmieć. I to także jest temat. Nasza obojętność, egoizm. Nie nasza, moja. Ty wzięłaś udział w takiej ilości akcji charytatywnych jak mało kto.

    - Wciąż za mało. A co nie jest tematem? O czym, Twoim zdaniem nie powinniśmy rozmawiać?

    - O naszej miłości. O tym, jak żyjemy. W szczegółach o naszej rodzinie. To kwestia dyskrecji, ważna dla mnie, jak była dla taty. Nikomu nic do tego.

    - Au! A więc jednak jesteś gburem, jak mówią badania.

    - Wyobrażasz sobie, swoją drogą, że ktoś poświęcił na nie czas, może nawet pieniądze?

    - A nie było Ci przyjemnie?

    - Było.

    - Bo?

    - Bo potrzebuję akceptacji.

    - Jak każdy, na scenie i na poczcie.

    - Jak myślisz, pasażerowie tramwaju chcą nas, lepszych od nas i nam podobnych widzieć jak nadludzi, superbohaterów, wyobrażać sobie że wysyłamy kamerdynerów limuzyną po ziemniaki do spożywczaka na rogu? Czy wolą zobaczyć, że tak naprawdę jesteśmy dokładnie tacy sami jak oni?

    - A jesteśmy? Czy może każdy z nas i z nich jest cudownie pojedynczy?

    - Ja jestem jak wszyscy. Ty jesteś zupełnie niezwykła.

    - Hej, tego miało tu nie być. To jest "jedzenie z dzióbków" i "ecie pecie".

    - Masz rację. Przepraszam. Ale to prawda.

    - Może prawda nikogo już nie interesuje? Tylko wartość medialna, mierzona stężeniem skandalu. Jak mówi Woody: Jeśli wyjdziesz na scenę w Carnegie Hall i zwymiotujesz, zawsze znajdzie się ktoś, kto nazwie to sztuką. - Cóż, wówczas zapewne nie zgodzimy się z nim, ale poświęcimy życie, by miał prawo do głoszenia swojej opinii!

    (c) ANNA MARIA JOPEK MUSIC