"Mieć domek w Toskanii w sąsiedztwie
Stinga..." ŻYCIE 25.01.2002 rozmawia: Magdalena
Kuydowicz
Magdalena Kuydowicz: Czy na wydanie anglojęzycznej
"Bosej" miał wpływ Sting i Twoja współpraca z nim w
czasie koncertów w Polsce?
Anna Maria Jopek: Nie, choć lubię myśleć, że to
właśnie Stingowa pochwała naszego występu przyniosła mi
szczęście. Prawda jest mniej bajkowa.
M.K.: Powiedziałaś, że do śpiewania potrzebne są
wyłącznie inteligencja i wrażliwość. Nadal tak
myślisz?
A.M.J.: Tak. Muzykalność jest dla mnie najwyższą
wartością. Ani nadludzka sprawność, szatańska technika,
ani wyrafinowane systemy harmoniczne nie będą w stanie
mnie poruszyć, jeśli nie będzie stać za nimi prawdziwe
muzykowanie. Wzruszył mnie kiedyś góral, który śpiewał
na cały głos idąc nocą ulicami Poronina (oj, nie wracał
ci on z kina). Śpiewał tak przejmująco, że nie mogę
zapomnieć jego głosu do dziś. Mieściła się w nim cała
prawda o tym mężczyźnie, jego temperamencie, pasji
życia... Dwa dni później byłam na koncercie wielkiej
diwy operowej i choć miała niezwykłą skalę głosu, jej
doskonały śpiew pozostawił mnie doskonale
obojętną.
M.K.: Podoba Ci się jak śpiewasz?
A.M.J.: Nawet gdybym uważała, że śpiewam
katastrofalnie, za nic bym się nie przyznała!
Niedoskonałości, które nas drażnią w tym co robimy,
potrafią być motorem do interesujących działań. Ja na
przykład, znudzona trochę własnym brzmieniem, uciekam w
nagrania wielogłosowe. Buduję konstrukcje harmoniczne,
korzystając z cudu techniki wielośladowej. Mogę sama
przeistoczyć się w zgrany chór. Na nowej eksportowej
wersji "Bosej" nagrałam techniką nakładkową swoją wersję
kolędy "Mizerna cicha". To mój sekretny duet z Tomaszem
Stańko. Jego przejmująca gra pojawia się w przestrzeni
muzycznej całkowicie wykreowanej przez moją małą, ciasną
krtań.
M.K.: Istniejesz intensywnie na rynku muzycznym
dopiero od 4 lat...
A.M.J.: Dużo się zmieniło w moim życiu przez ten
czas. Założyłam rodzinę, nagrałam 5 płyt. Teraz pracuję
już nad moim kolejnym albumem. Wśród gości pojawi się na
niej m.in. Leszek Możdżer. Póki co, przede mną 11 lutego
europejska premiera "Bosej" ("Barefoot"). Śpiewam na
niej po polsku, tylko tytuł jest angielski. To decyzja
moja i wydawcy. Uważam, że jeśli te piosenki nie
spodobają się po polsku, to tym bardziej po angielsku
nie mają szansy na zaistnienie na rynku
muzycznym.
M.K.: Często mówisz o sobie, że jesteś szczęściarą.
Na takie szczęście trzeba chyba także czasem
zapracować...
A.M.J.: To prawda, że nic nie spada nam z nieba. Mój
tata śmieje się, że gdyby mnie nie pilnował w
dzieciństwie, gdybym wybrała trzepak, a nie ćwiczenia
gry na fortepianie, to dziś nie byłabym tam, gdzie
jestem. Wszystko co istotne w moim życiu wypracowałam
rzetelnie i uczciwie. Ale mam szczęście do spotykania w
życiu wspaniałych ludzi. Właściwych we właściwym czasie.
Nie prę do sukcesu i kariery. One powinny być skutkiem
ubocznym mojej pasji. Choć miło by było, gdyby płycie
"Barefoot" udało się na świecie. Może kupilibyśmy mały
domek w Toskanii, najlepiej w sąsiedztwie
Stinga...
|